Powrót do normy

IMG_1694-0.JPG

Weekend. W domu. O mały włos, a zapomniałbym jaki to dobry stan ducha mając do dyspozycji dwa wolne dni, które można zaaranżować według własnego upodobania, a nie odgórnego briefu.

Odreagowując jak zwykle zmęczenie i też pewnie stres upiekłem sernik dyniowy, 2 bochenki chleba oraz ugotowałem tajski rosół.

Ale wszystko po kolei.

Piątek po pracy. Ekipa z naszego zakładu pracy pojechała na imprezę integracyjną. Ja sobie odpuściłem z racji wizji całego weekendu w domu. W każdym bądź razie wjechał piątkowy sernik i tu duże zaskoczenie – sernik dyniowy. Przytargałem dynię do domu, powalczyliśmy z nią z Jagną i po 10 minutach wylądowała (dynia, a nie Jagna) w piekarniku. Potem klasycznie już: miksowanie, pieczenie i studzenie do 2 w nocy.

Sobota rano. Zdecydowanie za bardzo rano. Zrobiłem zaczyn na chleb, potem śniadanie na szybko plus sernik i kawa. Sernik pozamiatał wszystkich, czyli Martę i mnie. Jagna nie chciała jeść. Wiele czytałem o dyniowych sernikach, ale nie sądziłem, że może to być aż tak dobre połączenie. Polecam.
Później porobiłem trochę zdjęć na ślubie mojego sąsiada z teamu saaba. Miałem też dołączyć do ekipy na spocie, ale Jagna trochę marudziła i nie dojechaliśmy. W międzyczasie strzeliła klasycznego focha na stacji paliw, ale nawet okiem nie mrugnąłem gdy zbierałam ją z podłogi i na pełnej syrenie wynosiłem ze sklepu. Traktuję to jako niekończącą się lekcję cierpliwości i opanowania. Wieczorem Marta prowadziła autorskie spotkanie, a ja z Jagną o 21:30 już spaliśmy jak dwa mopsy.

Niedzielny poranek w łóżku tak długo ile się dało, czyli gdzieś do 9. Wyrobiłem ciasto na chleb. Pojechaliśmy na miasto, potem jeszcze trochę sam z Jagną na spacerze. Po powrocie wpadłem do kuchni jak tornado bo popołudniu odwiedza nas brat. Zrobiłem tajski bulion, pierwszy raz w życiu. Ale nie taki z kostki tylko własnoręcznie od a do z. Naprawdę dobrze to wyszło w połączeniu z kurczakiem, makaronem i kolendrą. Moja ciężarna bratowa była zachwycona. Pewnie dlatego że miesza się tam tyle smaków if you know what I mean. Sernik prawie zjedliśmy cały co bardzo mnie cieszy, a na drogę do Lubonia (koniec świata, jakieś 4 lata jazdy koniem) brat z bratową dostali jeszcze ciepły bochenek chleba. Obdarowywanie innych takimi rzeczami to niezła frajda.

I tak mnie dziś naszła pewna myśl. Stało się to gdy brat trochę się zniecierpliwił gdy czekaliśmy na ostudzenie się chleba. Powiedziałem mu, lekko podnosząc głos nadając mu poważnego tonu, że tu czas wyznacza coś innego niż zegarek. I w sumie to racja, ale też pewnego rodzaju pobożne życzenie. Byłoby idealnie żyć tak aby nieustająco nie goniły nas terminy, deadline’y, a to co robimy nie określały ciągle briefy. Mam to na co dzień, od poniedziałku do piątku, a czasem i soboty i niedziele. Ale gdy już jest wolny weekend to dobrze mi gdy czas wyznacza mi studzący się sernik, wyrastający zaczyn na chleb czy też zabawa w spływ kajakowy z Jagną. Jakkolwiek to brzmi to właśnie chciałbym tak częściej. Bez dorabiania do tego jakiejś sztucznej ideologii.

Posted Under
Bez kategorii