Tata o poranku

IMG_1460.JPG

Przypadła mi rola ojca odprowadzającego dziecko do przedszkola. Podział ról wydaje się być prosty: Marta wychodzi do pracy wcześniej i odbiera Małą po powrocie, ja natomiast przed wyjściem do swojego zakładu pracy odstawiam Jagnę do przedszkola. Sama Jagna postanowiła najwyraźniej tę czynność utrudnić mi do granic możliwości, zarówno jej jak i moich. Póki co mój klasyczny poranek wygląda tak (na przykładzie dnia dzisiejszego):

7:00 – tę godzinę traktuję umownie, zazwyczaj wstaję trochę później. Potwierdzi to Marta, która od ok. 30 minut jest już na nogach. Po drodze do łazienki następuje pierwsza próba obudzenia Jagny, która zazwyczaj zbywa to przeciągłym „nieeee”.

7:15 – Jagna obudzona, wychodzę z łazienki już ogarnięty. Czasem zajmuje mi to dłużej i wtedy Marta dobija się do drzwi bo zaraz będzie spóźniona do pracy. Chwilę później wychodzi, wcześniej przygotowując Małej śniadanie. Zostajemy z Jagną sami.

7:30 – 7:45 – Jagna wcina śniadanie. Na krześle, po drugiej stronie stołu, zasiada Miś Lucjan. Bez niego śniadanie nie ma prawa się odbyć. Ja w międzyczasie albo coś sobie prasuję bo wieczorem mi się znów nie chciało albo ogarniam na szybko pokój.

7:45 – 7:47 – Jagna kończy śniadanie i ucieka do pokoju, ja próbuję ją namówić na mycie rączek, buzi i zębów. W końcu zaciągam ją siłą. Myje się. Robi awanturę z ogromnym płaczem bo nie domyła palca i jest brudna plamka. Wracamy do łazienki, zmywamy niewidoczną plamkę. Jagna znów ucieka do pokoju, w towarzystwie Lucjana rzuca się na łóżko i się wygłupiają. Dziś nie mogłem znaleźć przygotowanych przez Martę ubranek więc wpadam do jej pokoiku i w szafie szukam w miarę pasującej do siebie kompilacji ubrań.

7:50 – na karku czuję pierwszy oddech spóźnienia. Nie panikuję, ale do głowy wdziera się delikatnie niepokój. Ogarniam Jagnę – majtki, getry, skarpetki, podkoszulka i koszulka. Wszystko musi ubrać sama więc robota podwójna. Gdy w połowie drogi dochodzimy do skarpetek musi jeszcze kontrolnie sprawdzić czy nocą nie zrobił jej się brudek między paluszkami (!!). W czasie gdy nakłada na siebie tak bardzo wyczekiwaną przeze mnie koszulkę, ja zakładam koszulę i buty oraz pakuję graty do torby.

7:58 – w końcu ! Zakładam jej buty. Nie od razu bo przecież musi usiąść mi na kolanie – na lewym gdy zakładam jej lewego bucika i na prawym gdy męczę się z cholernym prawym adidaskiem. Na szybko kurteczka, komin i czapeczka. I jeszcze Lucjan. Dziś też Strażacki.

8:05 – wychodzimy. 3 piętra w dół w konfiguracji: poręcz po lewej, Jagna z Lucjanem za rączki, ja Lucjana za prawą łapkę, a w lewej trzymam Strażackiego za drabinę. W połowie 2 piętra wszyscy łapiemy się za rączki i przez chwilę robimy kółko. Ponaglam Jagnę, że będą na mnie w pracy krzyczeć jak się spóźnię, ale nie robi to na niej najmniejszego wrażenia. Ten czas często też spędzamy na naprawdę zabawnych i pasjonujących rozmowach np. o kolorach m&m’sów i ich rodzajach.

Ok. 3 minuty później jesteśmy na dworze. Do samego przedszkola mamy jakieś 5 minut spaceru z przystankami na kopanie kamyczków, trochę dyskusji i wyścigów. Wymyśliłem sobie idealny sposób na przyspieszenie drogi do przedszkola: gdzieś w 3/4 drogi mówię do Jagny, że będę pierwszy przy bramie przedszkola. Jagna traktuje to jako wyścig i ile sił w nóżkach biegnie do celu. Ja z Lucjanem i Strażackim na rękach szybkim krokiem idę za nią. Pod drzwiami przedszkola wychwalam ją, że znów mnie prześcignęła i że chyba nigdy nie uda mi się jej prześcignąć. Potem rozbieranie z kurteczki oraz pożegnanie na sali. Trudno takiego dzieciaczka zostawiać samego w tym gwarze, ale co zrobić, trzeba.

8:15 zgrzany jak szczur idę po auto na parking i dopiero za kółkiem trochę odpoczywam.

Tak naprawdę, choć dzisiejszy poranek był jednym z tych lżejszych, to nie mogę doczekać się jutra. Ten czas sam na sam z Jagną i jej życiową rozkminą to najcenniejsze kilka minut z całego dnia. Aż do powrotu do domu. Ale to już opowieść na zupełnie inny wpis.

Posted Under
Bez kategorii