Izba przyjęć

Na ulicy Strzeleckiej swoje lokum ma jedno z najlepszych w Poznaniu studio tatuażu, do którego byłem dziś umówiony na tzw. sesję. Termin rezerwowałem na początku października. Miałem na dziś zaplanowane wszystko pod kątem tej wizyty. Niestety, ulicę Strzelecką odwiedziłem zaledwie na chwilę, gdy lecieliśmy saabiną w kierunku szpitala dziecięcego na Krysiewicza. Córka w nocy dostała wysokiej gorączki, którą tylko częściowo udało nam się zbić, a rano bez dwóch zdań podjęliśmy decyzję o tym aby jechać na izbę przyjęć. Dodatkowo naprawdę bardzo mocny kaszel, tak jakby miała zaraz wypluć swoje płuca. Kto był na Krysiewicza ten wie w jaki sposób to wszystko wygląda, czyli długie czekanie w kolejce na rejestrację dziecka, potem wyczekiwanie aż dzieciak zostanie przyjęty (przyjmowanie odbywa się wg priorytetów najcięższych przypadków), a potem ewentualne dodatkowe badania. Przed ósmą rano wrzuciłem do parkomatu optymistycznie 10 zł z nadzieją, że do 11 będziemy w domu i taka kwota wystarczy na postój. W momencie gdy nas przyjmowano, czyli ok 10:30 zweryfikowałem swoje nadzieję oraz zawartość drobnych w portfelu. Czekaliśmy tak długo, że w między czasie zaczął działać przeciwgorączkowy lek, jaki podaliśmy Jagnie rano,więc w chwili rejestracji i pierwszych badań Córka na czole miała 36,6. Cudownie. Tutaj po raz pierwszy personel medyczny popatrzył na nas  jak na przewrażliwionych wariatów. Pieprzyć to. Wrócimy do domu i zacznie się od początku. Dzielnie wytrwaliśmy do chwili, w której poproszono nas do gabinetu, skierowano na usg i badania krwi, podczas których Jagna użalała się nad swoim ukutym palcu na niesprawiedliwość tego świata oraz przyjęcie na drugą wizytę.  Zanim to jednak nastąpiło, wydarzyło się kilka ciekawych incydentów, które wnoszą dużo do mojej Teorii Wszechprzychodni. O czym jest owa teoria można przeczytać w kilku poprzednich wpisach, ale ogólnie zakłada ona, że w każdej poczekalni lekarskiej jest stara baba, która marudzi lub też opowiada wszystkim o swoich dolegliwościach. W poczekalni na izbie przyjęć dziecięcego szpitala mamy do czynienia ze zjawiskiem, jakie po prostu pominąłem budując podwaliny swojej teorii, a jest to element bardzo istotny. Mamy tu do czynienia z rodzicami. Wiadomo, każdy rodzic w takim miejscu niesie na barkach strach o swoje dziecko, stara się dzielnie znieść ten czas oczekiwania na wizytę. Są jednak rodzice, którzy najwidoczniej zapominają, że przychodnia lekarska jest miejscem publicznym i nie wszystko co jest fajne w domu, będzie też fajne w tym specyficznym miejscu. I tak: bardzo wkurzona mama małego Krzysia, która musiała pogodzić się z faktem, że jak każdy musi poczekać na swoją kolej oraz jej starający się z całych sił być dobrym tatą mąż przez 2 godziny próbowali ogarniać wspomnianego syna. Mały nie robił sobie z tego nic, za to matka próbowała ugrać swoje. Ojciec gotował się w sobie, ale z łagodnym uśmieszkiem wciąż naprzemiennie nawoływał i przywoływał swojego „Krzysztofa” oraz „Krzyś!”a. Gdy to nic nie pomagało pokątnie strzelił klapsa małemu, z mizernym skutkiem wychowawczym. Fakt jest taki: Krzyś w domu nie ma zbyt wesoło. Drugi przypadek to ponadtrzydziestoletnia mama z małą córeczką wraz z głównym urządzeniem sterującym w postaci Mamusi. Młodsza mama nie ogarniała zbytnio otoczenia, zdradził ją nie skażony myślą wyraz twarzy. Mamusia za to ogarniała wszystko, nad wyraz dobrze. Ogólnie mało absorbujący  jednak zwracający uwagę. Na koniec wisienka na torcie w postaci drobnej, dobrze ubranej mamy Stasia, Stasińka lub Stasiunia (można sobie wybrać). Typ człowieka znany z MPK – głośno rozmawiający przez telefon o swoich wszystkich problemach. W przerwach pomiędzy telefonem do kolejnej przyjaciółki, głośno nawołuje synka, pozwalając mu robić co tylko małemu się podoba. Bić siebie po nogach też. Zwolenniczka wolnego i bezstresowego wychowania. Matka Polka Wyzwolona. Stasiu robi co chce, mama na głos komentuje. Stasinek zabiera od dziecka zabawkę, a na prośbę rodzica, aby się podzielił,  mama odpowiada ” to twoja decyzja Stasiu co zrobisz”. Zadbane ubranie, modny telefon i drogie, porządne buty, z których niestety rodzicielska słoma wysypuje się dookoła. Są oczywiście jeszcze rodzice, którzy w spokoju czekają na swoją kolej, wydaje mi się, że nawet my się do nich zaliczamy, ale nie mnie to oceniać bo np. w oczach mamy Stasia możemy być zwykłą spanikowaną hołotą, która pozwala dziecku siedzieć spokojnie, pomimo że Jagna kaszle i mama musi się przesiadać z synkiem na drugi koniec poczekalni. To wszystko w jednym miejscu.

Wracając do Córki to po tych kilku godzinach oczekiwania stwierdzono u niej zapalenie zatok. Dostaliśmy leki i po trzykrotnym uzupełnianiu parkomatu, o 13, zakatarzeni jak sto pięćdziesiąt, wróciliśmy do domu. W domu panuje dziś bałagan jakich mało, większość popołudniowego życia toczy się na naszym łóżku gdzie naprzemiennie śpimy. Zaczyna mnie łapać jakieś większe przeziębienie – z nosa i oczu leje się jak z fontanny Di Trevi w Rzymie. Systematycznie biorę leki z nadzieję, że do jutra będzie lepiej. Dziecko oczywiście zostaje w domu do odwołania. Chciałem jeszcze napisać ile taka choroba dziecka niesie ze sobą kłopotów i wyrzeczeń dla pracujących rodziców, ale odsyłam do tekstu Pani Poczytalnej, która idealnie to ujęła.

Zjadłem też kilka pączków, zwykłych, nie z domowego wypieku, jakie się ostatnio na mieście lansuje. Zrobię takie za rok albo nawet bez okazji. Udało mi się też przesunąć termin wizyty w salonie tatuażu.

 

Posted Under
Bez kategorii