Czego dziecko nie potrzebuje

Znacie ten stan, gdy zabawki są wszędzie, w niepoliczalnych ilościach i wysypują się niemal z każdego kąta? Odczuwamy go od dawna, zmagamy się z nim intensywnie.  Nie, nie chcę usunąć ze wspólnej przestrzeni dziecięcych śladów obecności. To niespecjalnie realne. Ale poszukuję optymalnego rozwiązania, żeby dziecko miało tyle, ile potrzebuje, żeby uniknąć nadmiaru, który nikomu nie wychodzi na dobre.

Akcja uwalniania pokoju Córki ze zbędnych przedmiotów trwa u nas od dłuższego czasu. Prowadzimy ją dwutorowo: ja i ona. Ja – z ukrycia, kiedy jej nie ma, szacuję co jest jej niepotrzebne i czym nie bawi się od dłuższego czasu oraz usuwam przedmioty zachomikowane w zakamarkach; ona –  sama z siebie, świadomie odkłada rzeczy, z których wyrosła z myślą o młodszym rodzeństwie. Ona nie dostrzega moich interwencji, choć ja wyniosłam już kilka reklamówek niepotrzebnych książek i zabawek. Ja jestem dumna z jej decyzji dotyczących uszczuplania zabawkowego inwentarza. Moje dziecko jest dojrzalsze niż przypuszczałam. Obie w ten sposób równolegle utwierdzamy się w dość oczywistej prawdzie, że dziecko nie potrzebuje nadmiaru, potrzebuje zabawek, które lubi i które mu służą.

Zabawki gromadzą się w zastraszającym tempie nie tylko w związku z działaniem rodziców, choć – wiadomo – wychowywanym w dość zgrzebnych warunkach lat osiemdziesiątych rodzicom czasem trudno się oprzeć. Przyglądam się jednak naszym wyborom i widzę, że po kilku latach praktyki raczej nie mamy z tym problemu. Choć, jasne, zdarzają się wpadki – ostatnio kupiłam Córce lalkę ulubionej postaci z kreskówki, która kompletnie jej nie zainteresowała. Największym wyzwaniem są jednak w naszym przypadku góry prezentów, które dziecko otrzymuje, zwłaszcza w okolicach urodzin czy świąt. Oczywiście w dobrej wierze i z miłością. Poradziliśmy sobie ostatnio z tym problemem, sygnalizując najbliższym wprost, że w ramach prezentu dziecko, które ma wszystko ucieszy się z przyborów plastycznych, czyli rzeczy, które intensywnie się zużywają. Lub z klocków, z których Córka lubi budować.

Bardzo pomocna wydaje mi się intuicyjnie przeze mnie stworzona mapa zabawek. Nie moglibyśmy się obejść bez  misiów (w tym zwłaszcza dwóch ulubionych), samochodu strażackiego, pozostałej po niemowlęctwie ciuchci i kilku innych pojazdów, bez lalki dzidziusia, bez książek, klocków drewnianych i klocków lego. Są nam potrzebne akcesoria plastyczne, w tym zwłaszcza zeszyty ćwiczeń z nalepkami, instrumenty muzyczne (gitara, cymbałki), tworzone przez nią kolekcje (kasztanów, opakowań po najróżniejszych produktach), które dyskretnie staram się uszczuplać, akcesoria do zabawy w kuchnię, sklep, zestaw lekarza czy mechanika. Nie potrzebujemy natomiast innych pluszaków, lalek, a już zwłaszcza lalek mówiących, których Córka nie toleruje. Wyrosła też z zabawek grających (po czasie nie jestem do nich przekonana) i jeżdżących – odłożyła je dla młodszego rodzeństwa. Podobnie postąpiła z większością książek obrazkowych, zostawiając sobie tylko nieśmiertelną Bardzo głodną gąsiennicę. Ta lista z założenia musi się zmieniać, by być dopasowana do potrzeb rosnącego dziecka, ale wydaje mi się bardzo pomocnym narzędziem w porządkowaniu dziecięcego pokoju.

Szperam w internecie w poszukiwaniu dalszych inspiracji. Leo Babauta opisywał, jak jego pierwsze dziecko czerpało dużo więcej radości z pudełek po zabawkach niż z samych zabawek. W podobnym tonie na polskim gruncie pisała Monika z mobloguje.pl. Ten etap jest już za nami, ale wciąż jeszcze kartonowe pudła służą za „samochody”, można je pokolorować i jeździć z ulubionymi zabawkami po całym mieszkaniu. I wciąż jeszcze, gdy zajmuję się w kuchni gotowaniem, Córka za pomocą kilku misek i drewnianej łyżki, przygotowuje swoją alternatywną zupę. To jest właśnie clou całej tej zabawy – grą jest stawka o kreatywność dziecka, które przytłoczone morzem przedmiotów nie zawsze ma ją jak rozwijać.

W innym miejscu Joshua Becker tworzy listę 15 podpunktów, które m.in. skupiają się wokół autorefleksji rodziców; jakości, a nie ilości oraz unikaniu bodźców, w tym głównie telewizyjnych reklam skierowanych do dzieci. W wielu miejscach trudno się z nim nie zgodzić. Autorefleksja jest pożądana, zwłaszcza gdy istnieje ryzyko, że kupowanie zabawek służy zagłuszaniu wyrzutów sumienia rodziców. Do ograniczenia telewizji i kanałów dziecięcych, w których roi się od reklam, pewnie nie trzeba przekonywać. Becker ma rację, pisząc, że marketerzy doskonale sobie radzą z wpływem na dorosłych, więc co dopiero na dzieci. Mnie, okazjonalną odbiorczynię, przerażają reklamy zabawek wykonujących milion zbędnych funkcji za dziecko oraz płciowe stereotypy w dziecięcych reklamach. Kluczowy jest jednak mądry opór wobec zachcianek dziecka, polegający na tym, by nie kupować zabawek przy każdej okazji, nie unikać sklepów z zabawkami, ale tłumaczyć i odmawiać. Uczyć po prostu, że nie wszystko trzeba mieć. Najsłabiej, przyznam, mi ta nauka idzie, jeśli chodzi o książki. Na szczęście są również biblioteki i często je odwiedzamy, a pożyczanie i oddawanie książek to świetna lekcja rozstawania się z przedmiotami.

Mam trochę inne zdanie na temat jakości. Tak, owszem, staram się unikać rzeczy brzydko wykonanych i zdecydowanie preferuję jakość nie ilość. Ale jest pewna granica, której nie chciałabym przekraczać. To byłby ideał snobistycznego rodzica, gdyby dziecko bawiło się wyłącznie zabawkami fair trade. Sama ostatnio spędziłam trochę czasu, przyglądając się lalkom produkowanym w Hiszpanii, bo chciałam uniknąć wszechobecnej chińszczyzny. Ale zdałam sobie sprawę, że moje dziecko ich nie potrzebuje, a zakup na krótko poprawiłby wyłącznie moje samopoczucie. Używamy więc różnych zabawek, owszem, starannie wykonanych, niekoniecznie designerskich, niekoniecznie najmodniejszych. Dawanych jej z miłością. Podobnie rzecz ma się z książkami, mimo że lubię ładne książki i staram się kształtować jej gusta w tym względzie, ma też w swojej kolekcji niespecjalnie mnie zachwycające, ale dla niej ważne, bo podarowane przez bliskie jej osoby. Bo ukochane zabawki są najfajniejsze na świecie. Tylko, proszę, nie w nadmiarze.

Na zdjęciu Córka, misia Krysia i miś Lucjan. Najlepsi kompani zabaw. Made by wpisofsernik.pl

Posted Under
Bez kategorii
  • kajka271

    W pełni się z tym zgadzam… czuję się zakopana pod zabawkami ostatnio, po szale świąteczno-urodzinowym. Ja też bardzo ograniczam dzieciom zabawki, tzn. staram się nie kupować bez okazji, itp… ale to wszystko jest proste przy jednym dziecku. Nadzoruję prezenty całej rodziny, kupuję za babcie, coś z zabawek, coś z marzeń i coś przydatnego (łyżwy, pościel, plecak itp), ale zaraz po świętach mają urodziny:-(
    Pamiętam jak G. był mały, jeździliśmy do kuzynki z trójką dzieci i byłam w szoku ile oni mają zabawek… ale minęły lata… mam tróje dzieci i widzę jak jest. Różnej płci, różny wiek… muszą być i samochodziki, i pociągi, klocki, lalki i kucyki i ani się obejrzysz jest pokój pełen zabawek:-(
    Piszesz artykuły plastyczne, wszystko fajnie, ale jak od cioć myślących twoim torem dostaję trzeci zestaw pędzelków to już nie wiem co mówić 🙁 A co gorsza, jak chcę przebrać i odłożyć część to okazuje się, że oni tym wszystkim się bawią… z książkami postawiliśmy na bibliotekę, tzn. kupujemy czasem, na jakieś okazje, ale co miesiąc wymieniamy stosik w bibliotece…
    Buuuuuu.
    Tak na fali urodzinek piszę… bo czuję zalew wszystkiego… wiem, wiem… zaraz zakolorujemy kolorowanki, wykonamy gipsowe lustereczko i powyklejamy naklejki i trochę tego zniknie, ale nawet puzzli nie mam juz gdzie chować… a nie wyrzucę, bo 3latek zaraz do nich dorośnie 🙁
    Chyba osobny post na własnym blogu powinnam na ten temat napisać 🙂
    Zbiera mi się właśnie na odgruzowanie pokoiku dzieci 🙂
    Pozdr. kajka271

    • Ja też akcesoriów plastycznych mam po świętach w bród. Ale zużywamy, więc jest nadzieja. Najbardziej kłopotliwe były dla mnie prezenty, które w ogóle, nawet przez moment, nie interesowały dziecka, a teoretycznie wydawały się trafione, czyli w tym przypadku lalki i koniki. Kompletnie były nam niepotrzebne, ale widzę po najbliższych, że już to sobie wyjaśniliśmy. Sami już też kupujemy rzadko, bo ileż można. Zwłaszcza że do zabawy wiele nie trzeba, dziś przykładowo w ruchu były moje „dorosłe” książki, które „przyjaźniły” się ze sobą i „były mi czytane”. W zasadzie, jeśli mam wydać pieniądze na dziecięce atrakcje, to wolę zainwestować we wspólny czas: w kino, teatr, wystawę czy cokolwiek innego, ma to większą wartość niż fizyczna zabawka.
      A to, że ten rozgardiasz rośnie wraz z liczbą dzieci, martwi mnie ogromnie, bo te doświadczenia jeszcze przede mną. Pozytywem jest jedynie, że już w tym momencie wypracowujemy strategie opanowywania nadmiaru.

  • Superb post however I was wondering if you could write a litte more on this topic?
    I’d be very grateful if you could elaborate a little
    bit more. Many thanks!