Meble wielokrotnego użytku

Nic na to nie poradzę, że lubię przedmioty z duszą. A duszę przedmiot nabywa w miarę użytkowania. Tymczasem, jak wiadomo nie od dziś, przedmioty codziennego użytku wiodą ostatnio krótki żywot. Nierzadko są zaprogramowane na krótki czas, psują się szybciej, pękają w szwach lub zwyczajnie się opatrują, więc machamy na nie ręką i idziemy do sklepu po nowe. Trochę szkoda, prawda?

Gdybym miała urządzać mieszkanie moich marzeń, sięgałabym chyba wyłącznie po meblowe starocie z duszą. Najchętniej rodzinne, bo fakt, że z mebla korzystał wcześniej mój tata czy babcia dodaje mu w moich oczach wartości. Używałabym ich w skromnych ilościach, by nie zagracić przestrzeni. Bez bibelotów oczywiście, ale z tym nie mam problemu, bo nie przepadam za tą formą mieszkaniowego ozdobnictwa. Dziecięce zabawki nigdy nie wymykałyby się spod kontroli.

Cóż. W rzeczywistości dzieje się jednak inaczej… Ku mojemu zaskoczeniu mieszkanie, które jest żywym organizmem z przemieszczającymi się meblami nie zawsze do siebie idealnie dopasowanymi, pozwala mi czuć się… u siebie.

Moje meble kupowane na przestrzeni kilku ostatnich lat, były przede wszystkim funkcjonalne, nieduże, by pomieścić się na małej przestrzeni i jej jednocześnie nie zagracić. Najczęściej nie były wykonane z trwałych materiałów (ach, te płyty drewnopodobne), były zaś, owszem, estetyczne, ale nie wyjątkowo piękne. Szwedzka estetyka i funkcjonalność, wiadomo. Ewidentnie są zaprogramowane na krótki żywot, przecierają się i niszczą. Na przekór wszystkiemu, jakby przypadkiem, zyskały jednak duszę. Jak to się mogło stać? Przyszła do nich wraz z historią użytkowania, choć nikt się tego po nich nie spodziewał. Szkoda się z nimi rozstać, nawet gdy nie spełniają swojej pierwotnej funkcji. W ten sposób zyskują swoje drugie, a czasem nawet i trzecie życie.

Kto by pomyślał, że regał na książki, niegdyś tak mi niezbędny, stanie się przestrzenią niezliczonych skrytek i skarbów mojego dziecka? Lub że komoda będzie służyć jako przechodnia szafa dla moich dzieci? Kto by przypuszczał, że mój sekretarzyk, który miał być namiastką „własnego pokoju” zostanie przejęty przez moje żądne plastycznych eksploracji dziecko? Czy wreszcie, że piękny, drewniany stół pozostawiony jeszcze przez poprzednich właścicieli będzie nam towarzyszył przez te wszystkie lata, wędrując od kuchni poprzez wszystkie inne pomieszczenia, stanie się finalnie domowym biurkiem?

Nie w tym nawet rzecz, że nie mamy funduszy na nowe, ale kupowanie nowych za każdym razem, gdy uznamy, że warto by coś zmienić wydaje mi się nierozsądne i zbędne przy tak rozwojowej rodzinie jak nasza. Najzwyczajniej w świecie zupełnie nie moje. To fakt, można wybrać piękne, idealnie dopasowane meble dla dziecka. Niszowe, drogie i snobistyczne. Nie kręci mnie jednak taka forma snobizmu. Zwłaszcza że niszowe stoliki brudzą się tak samo, niszowe regały tak samo mogą zostać nieoczekiwanie oklejone nalepkami. Poza tym, co tu ukrywać,  jesteśmy wciąż odpowiedzialni za rzeczy, które nie są nam już potrzebne. I zwyczajnie, trochę może sentymentalnie, żal mi przedmiotów, które nam od dłuższego czasu towarzyszą. O ile mogę im dać drugie życie, staram się to robić i odczuwam ogromną radość, gdy mi się to udaje. Dokupujemy więc meble naprawdę potrzebne, nie kierując się raczej pokusami. Trudno o pokusy zresztą, gdy fizycznie nie ma na nie miejsca…. Pozbywamy się tych naprawdę zbędnych, a dla tych, które się tylko opatrzyły, szukamy nowych funkcji.

Idea upcyclingu i decoupage’u, o której tu poniekąd piszę, nie jest oczywiście nowa. Z coraz większym zaciekawieniem odkrywam ją dla siebie. Na razie teoretycznie. Podobno po trzydziestce przychodzi taki moment, że zaczyna się piec chleb lub wyrabiać sery, ja z niemałym zaskoczeniem odkrywam, że mogłabym przerabiać meble. Hmm. Na razie bez deklaracji, nie wykluczam takiej możliwości. Kto wie jak będzie wyglądało moje lato?

Na innym poziomie, moja opowieść o meblach to oczywiście historia znikania przestrzeni dla siebie wraz z pojawieniem się dziecka. Nieustająca lekcja kompromisów i minimalizowania własnych potrzeb. Dodam, niespecjalnie jakoś dla mnie trudna. Ot, kwestia priorytetów i dobrego nastawienia. Zamiast rozpaczać nad małą przestrzenią, którą zamieszkuję, ćwiczę radość z tego, co mam – przesuwam, nadaję nowe znaczenia i cieszę się, gdy na przekór wszystkiemu przedłużam życie przedmiotom zaprogramowanym na krótką przydatność.

Posted Under
Bez kategorii
  • Z uwagi na odwieczny nomadyzm nie chcę i nie mogę jak na razie inwestować w meble z duszą. Co mogę powiedzieć z całą pewnością – naprawdę da się urządzić całe mieszkanie za bardzo niewielkie pieniądze. Na wielu portalach ludzie pozbywają się prawie nowych mebli za bezcen. Wiadomo, skompletowanie całej „zastawy” zajmie nam zdecydowanie więcej czasu niż zwykły wyjazd do Ikei i załatwienie wszystkiego za jednym zamachem. Jednak daje też o wiele więcej satysfakcji 🙂

    • My osiedliśmy parę ładnych lat temu, nie mieliśmy prawie nic, a stopniowo zebrało się meblowe wyposażenie. Głównie z Ikei, bo było to najtańsze i najbardziej funkcjonalne rozwiązanie. Teraz potrzeby się trochę zmieniają, ale meble wędrują z nami po naszym skromnym metrażu i stosujemy meblowy upcycling z tym co mamy. Ale pomysł, o którym piszesz jest świetny, można wyszperać wiele ciekawych rzeczy w ten sposób.

  • O tak, u nas też na razie rządzi Ikea, ale w planowanym domku chcielibyśmy zobaczyć meble z duszą właśnie. Niestety u mnie w rodzinie nie ma mebli z historią, tzn. mają swoją historię, ale z lat 70, kiedy to rodzice wreszcie dostali przydział na mieszkanie…

    Przez to, że teraz mieszkamy i bardzo dobrze funkcjonujemy na małym metrażu wiemy, że nie potrzebujemy wielu mebli, a i tak w salonie centralnym punktem będzie pianino, które grzecznie czeka jeszcze u moich rodziców 😉 A to pianino ma duszę i ponad stuletnią historię 🙂

    • 🙂 Byłam kiedyś w takim domu, nowo postawionym zresztą, urządzanym w całości ze starych mebli, które właścicielka zdobywała stopniowo i bez pośpiechu na różnych aukcjach i w antykwariatach. Było w nim sporo starych fotografii, które absolutnie uwielbiam, choć generalnie nie przepadam za bibelotami. Efekt był nieziemski, po wizycie w takim domu z miejsca zaczyna się marzyć o własnym 😉 Także wyobrażam sobie Twoje ukochane pianino z duszą, to musi być coś.
      Generalnie jednak upcycling zwykłych mebli ikeowskich na małym metrażu to również fajna rzecz, ja naprawdę cieszę się, gdy mogę coś wykorzystać w nowej funkcji, gdy te meble wędrują i żyją, gdy nie wymieniam ich ciągle i staram się utrzymać stosunkowo nieduży stan posiadania.

  • Pingback: Pokochać małe mieszkanie. Minimalizm przedremontowy – PANI POCZYTALNA()