Uważność w mieście. Jak praktykować, by nie zwariować.

Praktykowanie uważności w życiu codziennym najłatwiej przychodzi w pięknych okolicznościach przyrody. Ptaszki śpiewają, gałązki pękają w słońcu i ty na moment jesteś mniej zmęczony niż zwykle. Oddychasz pełną piersią, zachwycasz się na moment światem dookoła, nierzadko chwytasz za smartfona i dzielisz się później ze znajomymi na fejsbuku jaka to piękna niedziela była.  No dobrze, gest obfotografowania się w pięknych okolicznościach przyrody nie ma wspólnego wiele z uważnością, ale jest dosyć powszechnym jej substytutem. Zwyczajowym odgrywaniem, który przynosi nam pozór dobrze wykorzystanego dnia, choć przy okazji trochę przy tym dotleniasz i trochę uspokajasz.

Dużo trudniej zdobyć się na skupienie na chwili obecnej w samym środku codziennego pośpiechu, w korku, w zatłoczonej komunikacji miejskiej, z ciężką siatą, z głową pełną problemów nie-do-rozwiązania, kiedy jeszcze na dodatek odczuwa się bardzo głęboko, że „społeczeństwo jest niemiłe”.

Niemniej właśnie wtedy kiedy jest najtrudniej, uważność smakuje najlepiej. I najbardziej pomaga.

Jest kilka powodów, dla których w zgiełku miasta warto wyrobić w sobie nawyk praktykowania uważności, czyli głębokiej koncentracji na chwili obecnej.

Po pierwsze: redukcja stresu. Wojciech Eichelberger w bardzo ciekawym wywiadzie o psychologicznych konsekwencjach wieloletniej hipoteki podaje uważność jako jedną z dwóch – obk aktywności fizycznej – recept na psychiczne uporanie się z zadłużeniem i wypaleniem. Dlaczego? Czarne scenariusze, które sobie fundujemy w związku z kredytem czy – szerzej –  w związku z życiem w ogóle, są najczęściej snute na wyrost. Ale zapętlamy się i nie pamiętamy o tym. Umysł galopuje w projektowaniu coraz to nowych trudności, gdy tymczasem, nawet jak jest ciężko, nie ułatwi to rozwiązania problemu. Eichelberger proponuje proste ćwiczenie niewybiegania w przyszłość w codziennym życiu, czyli skupieniu się na zadaniach, które właśnie się wykonuje np. na odprowadzaniu dziecka do przedszkola zamiast snucia wyobrażeń o tym, co – dajmy na to – czeka nas w pracy.

Po drugie: życzliwość jako forma skupienia na drugim człowieku. Znamy to dobrze, nie da się ukryć, wokół nas najczęściej jest smętnie i posępnie. Pamiętacie wczesne części Jeżycjady Małgorzaty Musierowiecz, których akcja toczyła się w latach osiemdziesiątych? Siostry Borejkówny wraz z przyjaciółmi praktykowały wtedy eksperymentalny sygnał dobra, czyli uśmiech wysyłany do przypadkowych przechodniów. Reakcje na niezobowiązujący uśmiech bywały różne, niektóre dalekie od entuzjazmu, choć nierzadko prowadziły także do przełamywania lodów. O podobnych pomysłach mówi w swoim TEDowym wystąpieniu Emily Kasriel, na co dzień producentka BBC, którą zaczął niepokoić fakt, że czas spędzony w komunikacji miejskiej jest najczęściej bezproduktywny, spędzony na unikaniu kontaktu zamiast tworzeniu więzi. Jakkolwiek jej manifest może się wydawać utopijny i nawet pewnie taki jest, trudno nie przyznać jej racji, gdy mówi o unikaniu kontaktu, frustracji, sprawdzaniu smartfona czy tępym wpatrywaniu się w okno. Jeśli podróżujemy tak do pracy, spędzamy w ten sposób dużą część naszego dnia. Kasriel proponuje m.in. lepszy design i wykorzystanie nowych technologii, by wyrwać ludzi z komunikacyjnego stuporu. Zwraca również uwagę na empatię przejawiającą się m.in. w noszeniu maseczek, gdy jest się przeziębionym. I np – dodam od siebie – ustępowaniu miejsca kobiecie w ciąży, która chętnie by usiadła. Kasriel mówi także o spontanicznych aktach uprzejmości, przypominających wspomniany wyżej pomysł Musierowicz. Nie wiem jak Was, ale mnie bardzo podnoszą na duchu i rozweselają akcje czy kampanie społeczne aktywizujące obcych sobie ludzi jak np ta.

Po trzecie: wykorzystanie czasu na medytacje. Johnatan S. Kaplan, amerykański psycholog i badacz uważności, autor projektu Urban Mindfulness proponuje, by wykorzystać czas w podróży na medytacje właśnie. Na swojej stronie podaje szereg ćwiczeń, które można by praktykować w czasie przedłużającej się podróży środkami komunikacji publicznej. Proponuje m.in. medytacje dla siedzących, stojących i tych, którym właśnie uciekł tramwaj. Na stanie w korku najlepsza byłaby dobra, relaksująca muzyka i oddechowe ćwiczenia, które pozwalają nam na redukowanie stresu i wyzbywanie się złości.

To działa. Ja ostatnio intensywnie praktykuję uważność w różnych miejscach. Jeśli trochę nie dowierzasz, ale chciałbyś spróbować, proszę, na początek odłóż smartfona, gdy rozmawiasz z kimś bliskim.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Jest Rudo.

Posted Under
Bez kategorii
  • ciekawe to co piszesz 🙂

  • Cześć! Fajnie poczytać o doświadczeniach innych. Mnie namówił na kurs uważności (wiem, może to śmiesznie brzmi, ale są takie kursy, czy raczej warsztaty) znajomy trener uważności. Muszę przyznać, że dla mnie były to najlepiej wydane pieniądze w życiu… Choć nie chciałabym, żeby zabrzmiało to jak reklama. Pamiętam, że któregoś dnia poszłam na pocztę, wiadomo, kolejka, bezsensowne sprawy i tłumaczenia, czułam, że zaraz narośnie we mnie złość, irytacja… Ale przełamałam się – spojrzałam na skrytki pocztowe (cała ściana skrytek), zaczęłam medytować po kolei nad tymi skrytkami – „niech do skrytki nr 1 zawsze trafiają dobre wiadomości, niech do skrytki nr 2 trafiają same wspaniałe wiadomości, w rytm oddechu, przez jakiś czas. Teraz, gdy to piszę, wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy poskutkowało. Odmieniło cały mój dzień, a kolejka minęła nie wiadomo kiedy. Czas na medytację jest zawsze dobry, a może nawet im gorszy, tym lepszy. Pozdrawiam serdecznie!

    • Bardzo dziękuję za ten komentarz. Ja sama byłam dosyć sceptyczna wobec warsztatów z uważności, ale im bardziej w to wsiąkam, tym bardziej zmieniam zadanie. To musiałoby być ciekawe doświadczenie. Uważność ma tyle różnych aspektów, to fascynujące i bardzo pomocne na różne niepokoje narzędzie.

      • Też byłam sceptyczna. 🙂 I pewnie gdyby nie to, że znajomy, to bym się nie zdecydowała. Kurs uczył przede wszystkim technik (bodyscan, uważna joga, uważne jedzenie, medytacja siedząca, chodzona itp.), bardzo dużo pracy odbywało się w domu (każdy angażował się tak mocno, jak chciał). Poszłam na kurs z wysoką motywacją do zmiany. Sam kurs motywował do regularności. Widzę przed sobą sporo pracy, ale jestem do niej pozytywnie nastawiona. I jeszcze, co najciekawsze – mam wrażenie, że wróciłam do czegoś – może tego dziecinnego zachwytu nad chwilą, drobiazgami. Uświadomiłam sobie, że jak byłam mała i szłam z babcią na spacer, to dostrzegałam wszystko – kształt chodnikowych płytek, kominiarza po drugiej stronie ulicy, pianie kogutów w ogródkach… 😉 Może uda się wrócić, choć czasem, do tej beztroski.

        • Fascynujące jest bogactwo uważności, tych wszystkich technik, o których piszesz. Zgłębiam na własną rękę póki co. Ten efekt – wyważonego spokoju i dziecięcego zachwytu zarazem to naprawdę piękna perspektywa. I ulga dla skołowanego czasem umysłu.

  • Tak sobie myślę, patrząc na to wszystko z perspektywy maleńkiego miasteczka, gdzie piękne warunki przyrody są w zasięgu ręki, że warunki przyrody nie mają większego znaczenia w praktykowaniu uważności. Czy w wielkich miastach, czy małych miasteczkach czy też na wyludnionych wioskach wszędzie frustrujemy się tak samo. Dla miastowych wyjazd na łono przyrody jest wyjściem z codzienności, wyrwaniem się z niej na chwilę i to właśnie dlatego jest mu łatwo się cieszyć chwilą – tą jakże inną i piękną. A najtrudniej jest praktykować uważność po prostu w naszej codzienności. Bo to codzienność nas frustruje, a nie warunki przyrody. Fajnie jest to sobie uświadomić i uczyć się jak żyć, by się jednak nie frustrować. By się patrzeć na to co jest tu i teraz i się cieszyć…
    A co do zdania ostatniego, to powiedziałabym więcej – zamień smartfona na telefon. Ten prosty zabieg na prawdę działa cuda!

    • Tak i nie. Miasto budzi trochę inny poziom frustracji niż małe miasteczko. Tłum, ścisk w komunikacji miejskiej, ciągnące się kilometrami korki, gwar, anonimowość, nieuprzejmość – pamiętasz to pewnie trochę. W codziennej rutynie to jest męczące, więc mieszczuchy, choć na weekend, uciekają na łono natury, by odpocząć, ale taki odpoczynek jest chwilowy. Praktykowanie uważności w mieście, choć może sprowadza się do podobnych rzeczy co gdzie indziej, trochę musi chyba polegać na wytłumieniu bodźców bądź na przyjaznej koncentracji na tych, którzy są dla nas anonimowi. Nie odmawiam frustracji mieszkańcom wsi czy małych miasteczek, tylko są po prostu inne.
      A smartfon, no cóż, musiałabym zabrać wszystkim, z którymi rozmawiam i na których uwadze mi zależy, a to chyba mało wykonalne 😉

      • Na pewno są inne – to nie ulega wątpliwośi – ale są tak samo silne w każdym miescu.
        Uwierzysz że totalny brak anonimowości może doskwierać bardzo? Tutaj pierdniesz i pół miasta wie kto i dlaczego i ci powie co powinieneś zrobić by to się nie powtórzyło. Tęsknie za anonimowym wtopieniem się w tłum i chodzeniem sobie bez celu aż nogi rozbolą, gdzie nikt ciebie nie spyta a dokąd to? A czemu sama? A z kim dzieci? A mąż gdzie?
        Ale mniejsza o mnie! Wkoło mnie jest pełno sfrustrowanych ludzi wciąż zafiksowanych na tym co jest nie tak, drących się na dzieci, drących się na małżonków, w ciągłej pretensji o wszystko. I oni na prawdę mają głęboko w nosie ćwierkające ptaszki i zielone drzewa, a trawnik jest kolejnym powodem do wściekania się, bo znów trzeba go skosić. Tych spokojnych, potrafiących się zatrzymać i skupić na tu i teraz i umiących się cieszyć jest malusieńko. Ale na szczęście są 🙂

  • Oj tak, nie mam takich doświadczeń, bo w sumie zawsze mieszkałam w dość sporych miastach, ale to też na pewno dokuczliwe. Natomiast takich uniwersalnych frustracji przejawiających się złością, słowną agresją lub czarnowidztwem, o których piszesz, jest faktycznie mnóstwo wokół nas, bez względu na miejsce zamieszkania. W tym sensie uważność rozumiana nie tylko jako przyglądanie się ptaszkom i kwiatkom, ale skupienie nad teraźniejszością przydałaby się wszystkim sfrustrowanym. Bardzo.

  • Pingback: Zmiana. Nieoczekiwane skutki minimalizmu i uważności | PANI POCZYTALNA()