Zmiana. Nieoczekiwane skutki minimalizmu i uważności

Zmiana to pojęcie robiące oszałamiającą karierę. Zwłaszcza, jak sądzę, wśród trzydziesto-czterdziestolatków, którzy już trochę przeżyli, doświadczyli kilku rozczarowań, ale wciąż mają apetyt na więcej. Gdzie się nie odwrócisz zmiana jest pożądana: wyznacz sobie nowe cele, zmień swoje życie, zmień swoje nawyki, zmień się na wiosnę i wiele wiele innych tego typu haseł dobija się do nas i domaga się do naszej uwagi.

Obracałam to pojęcie w głowie przez wiele lat i na swój prywatny użytek stałam się ekspertką od zmiany. Uczciwie trzeba dodać, że nie było mi w życiu aż tak bardzo źle: fajny mąż i dziecię fajne, praca stabilna, choć może nie zawsze satysfakcjonująca, nauka intelektualnie satysfakcjonująca, ale nie bardzo rozwojowa. Jednym słowem, aktywność może nieprzeciętna, ale przeciętny poziom problemów, jeśli uznamy, że każdy jest z czegoś w życiu bardziej, a z czegoś mniej zadowolony. Zmiana jednak zaogniała moją wyobraźnię, wyczekiwałam jej, snułam plany, myślałam jak to będzie, gdy nadejdzie, kibicowałam sobie samej. Działałam. Plan A, plan B, plan C to moja dewiza. Niezmiennie trzymałam przy tym 10 srok za ogon, czekając na ten mityczny moment, w którym będę mogła je z rąk wypuścić.

Ale on nie nadchodził. Nie nadchodziła też zmiana, choć tak dokładnie ją sobie wyobraziłam.

Widzę warianty tej historii w wielu opowieściach. Może to być historia zapracowanego singla, który marzy by rzucić pracę i wyjechać na kraj świata, a przede wszystkim znaleźć miłość. Może to być historia młodej matki, która spędza z dziećmi cały czas, a marzy  o pracy, o chwili wytchnienia. Może być to historia kogoś wypalonego pracą zawodową. Może to być historia kogoś nie mogącego znaleźć partnera. Lub uwolnić się ze złego związku. Nieważne są szczegóły, ważne jest wspólne marzenie o zmianie.

Dokąd ono prowadzi? Do działania, to po pierwsze. Ale kiedy działanie nie przynosi pożądanego efektu, stajemy w obliczu prostego w sumie faktu, że nie wszystko od nas zależy, nawet jeśli łudziliśmy się, że tak jest. Że nie wszystkie równania w życiu się zgadzają. I co wtedy? Mnie to odkrycie doprowadziło do strefy permanentnego rozproszenia, narastającej irytacji i frustracji, Następnie projekcji przyszłości, w której wszystkie moje źródła niezadowolenia znikną, gdy tylko odnajdę klucz do zmiany. Wreszcie bezradności. Kto za to płacił? Ja, bo byłam dla siebie niedobra. Moje dziecko, bo byłam dla niego niecierpliwa. Moja rodzina, bo machinalnie wykonywałam czynności, które powinnam, nie poświęcając im uwagi. W ten sposób fiksując się na zmianie, zamieniłam swoje obiektywnie nie najgorsze życie w pasmo udręki. Udręki, która była głównie w mojej głowie.

Olśnienie nie przyszło znikąd, przyszło wraz z ciążą i koniecznością zwolnienia. Zmiana nie zaczyna się jutro, zmiana zaczyna się dziś. Nie jest celem, do którego można zmierzać, jest drogą, którą codziennie się wybiera. Brzmi to banalnie, ale wierzcie, cóż to była za ulga. Okazało się, że potencjał zmiany był we mnie, tylko go lekceważyłam. Nie wiązał się z odkryciem nowej, nieznanej mi dotąd ścieżki, a połączeniem kilku punktów, które zawsze były mi bliskie.

Minęło kilka miesięcy, w trakcie których uspokoiłam swój zagoniony umysł, konsekwentnie znajdując radość w zajmowaniu się sprawami, na które wcześniej nie znajdowałam czasu.

Po pierwsze: ograniczyłam materialne przedmioty i ograniczyłam konsumpcję. Robienie wokół siebie porządku, zmniejszanie stanu posiadania to proces, który trwa i trochę jeszcze potrwa. Choć zawsze wydawało mi się, że nie przywiązuję przesadnej uwagi do rzeczy, nazbierałam ich tyle, że zaczęłam tonąć w nadmiarze. Wszystkie te papierzyska, książki, ubrania, w których od dawna nie chodziłam, sprzęty domowego użytku, których dawno nie używałam – były jak niewykonane zadania. Z każdym z nich intencjonalnie chciałam coś zrobić, ale nie starczało mi na to czasu lub siły i pozostawały wyłącznie w sferze osaczających mnie planów. Minimalizm rozumiany jak proces służący optymalizacji tego co wokół mnie przyniósł i przynosi oczyszczenie. Minimalizm przyniósł też akceptację tego co się ma, szacunek do przedmiotów, które się pozostawia. Trudno mi się było wcześniej cieszyć z małej przestrzeni, teraz przemeblowuję ją, dopieszczam i szanuję to bycie u siebie.

Po drugie: zaczęłam praktykować skupienie, stopniowo eliminuję rozpraszacze. Rezygnuję więc z wielozadaniowości, ilekroć się da, mając przy tym świadomość, że nie zawsze jest to możliwe. Świat, zwłaszcza życie zawodowe i internet, trenuje nas w wielozadaniowości i podzielności uwagi nieustannie. Robimy więc wszystko, by mieć więcej czasu, a potem tracimy ten czas niezdolni, by go wykorzystać. Rezygnuję z tekstów, których nie muszę czytać: z bzdurnych informacji, które zaśmiecają mi umysł. Z wszystkich tych pochłaniaczy czasu. Skupienie to dla mnie właśnie szacunek dla czasu.

Po trzecie (co wiąże się z drugim): praktyka uważności, czyli nieoceniającym skupieniu na chwili obecnej. Inaczej zwana pełnią obecności. Wydaje mi się, że zawsze miałam do niej predyspozycje, ale gdy zaczęłam się zgłębiać i gdy otworzyła przede mną swe podwoje, poczułam, że to zdecydowanie dla mnie. Dzielę się tym tutaj na blogu dosyć często [klik], [klik], [klik] i wciąż jeszcze mam wiele do opisania. Wraz z pełnią obecności przyszła znacznie częściej odczuwana wdzięczność i satysfakcja z rodzicielstwa. Zaczęłam odczuwać pożytki z psychologii pozytywnej, oddaliły się ode mnie czarne myśli.

Po czwarte: redukcja celów i planów na przyszłość do zrealizowania. To dosyć kontrowersyjny postulat Leo Babuaty m.in. z książki Skup się, o której więcej znajdziecie tu. Mało kto decyduje się na rezygnację ze stawiania celów. Schudnąć, zdobyć nową pracę, nowe mieszkanie, nowy samochód. Wyznaczyć sobie cele na nowy rok, na wiosnę. Zaangażować się w nie na chwilę, a potem z braku czasu i siły, porzucić i pozostać w przykrym zawodzie nad sobą. Znam to dobrze i na razie mówię, pas, nie, dziękuję.

Moja mała wielka zmiana okazała się zatem zmianą jakościową, a nie zewnętrzną odmianą, której tak wyczekiwałam. Wszystko się w niej fajnie splotło i powiązało. Wynikła po części ze zmęczenia dotychczasowym pędem, a po części z spowolnienia, które zafundowała mi ciąża. Przynosi satysfakcje odmienne od tych, które mogłam przewidzieć, prowadzi mnie w innym kierunku niż sądziłam, a jednak cieszy mnie ta droga niezależnie od miejsca, do którego dotrę. Jestem daleka od kaznodziejskich tonów, więc nie polecam testowania na sobie mojego algorytmu zmiany, ale polecam pracę nad własnym, którą można zacząć tu i teraz, z tego co się ma, a nie z tego, co się planuje mieć czy zdobyć.

Zdjęcie od Jest Rudo – dziękuję!

Posted Under
Bez kategorii
  • To bardzo fajne i pozytywne, utrzymać dobry nastrój i optymizm jak najdłużej, cieszyć się ze szczegółów, nie szukać problemów tylko pozytywów. To takie proste, ale jak ciężko czasami to wdrożyć.

    • Fiksujemy się na przeszłości lub przyszłości, zamiast docenić chwilę obecną. Męczą nas potem jakieś niespełnione plany, pogrzebane ambicje, coś co miało się w życiu potoczyć inaczej. Lub z drugiej strony – atakują nas czarne wizje, spodziewamy się problemów i trudności. A tymczasem teraźniejszość, która trwa, nie jest ani taka, ani taka – może być po prostu dobra, gdy się na nią otworzymy. Tak sobie myślę.

    • zgadza się w 200 %, najprostsze rozwiązania sprawiają nam najwięcej problemów

  • Bardzo ciekawy post. Masz rację zbyt często i zbyt mocno tkwimy w przeszłości lub przyszłości, co jest pewnego rodzaju paradoksem…Nie potrafimy docenić tego, co dzieje się tu i teraz. Stan uważności tak bardzo polecany m.in. przez Kabata-Zinna otwiera nas na głębokie i świadome przeżywanie każdej chwili życia…Pozdrawiam:)

  • Ja też czasami za bardzo kurczowo trzymam się tego, co znam. Ale co ma być to będzie!
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego! 🙂

  • „Pełnia obecności” brzmi bardzo ciekawie. Chyba muszę zgłębić temat. 🙂