Albertologia stosowana. Fenomen wolnego dziecka

Z rozmów z Córką.

– Mamo, ja bym już chciała chodzić do pracy.
– Kochanie, masz jeszcze na to sporo czasu. Najpierw musisz pochodzić do przedszkola, potem skończyć szkołę, potem się zastanowić, czy chcesz studiować i co byś chciała studiować.
– Chcę studiować – mówi z pełnym przekonaniem.
– Tak? A co byś chciała studiować?
– Chcę studiować książki o Albercie.

Tak, Albert Albertson to w naszym domu postać, wyjątkowo nie waham się użyć tego słowa, kultowa. Choć to kompletnie nieminimalistyczna praktyka, z wolna zbieramy książki o nim, mamy już prawie wszystkie. Z tą kolekcją związane są pewne rytuały – wyprawy do ulubionej księgarni, z której zawsze po długich negocjacjach wracamy z jedną, wybraną książką o Albercie. W domu do Alberta czytamy regularnie. Mało tego, same kolorowe okładki książek są pretekstem do jakiejś skomplikowanej zabawy polegającej na układaniu ich w odpowiedniej kolejności – mimo wielomiesięcznych obserwacji trudno mi wniknąć, o co w tej zabawie naprawdę chodzi. Może właśnie o studiowanie?

_MG_5908

Tytułowy Albert to przedszkolak, potem już uczeń, który rośnie wraz z dzieckiem – każda książka rozpoczyna się frazą „To jest Albert Albertson lat 4, 5, a potem 6 i 7”, która wręcz zaprasza do uskutecznianej przez nas nie raz zabawy w zgadywanie, ileż to lat Albert będzie miał w tym tomie. Bohater jest typowy, choć zarazem unikalny – mieszka tylko z tatą. Mama w ogóle nie pojawia się w tych książkach, a czasem tylko towarzyszy im babcia. To seria pod pewnymi względami niejednorodna, czasem stanowi zwykłą krótką opowiastkę, czasem pozwala dziecku przepracować wybrane lęki. Najważniejszy jest jednak fakt, że przygody Alberta są opowiedziane każdorazowo z perspektywy małego dziecka – łączy je fakt, że emocje dziecka zawsze są w nich najistotniejsze i mają większe znaczenie niż pedagogiczny przekaz. Ten styl pisania Joanna Olech przypisywała szwedzkim autorom i określała mianem „przycupnięcia na przedszkolnych krzesełkach i mówienia z tej perspektywy do swojego usmarkanego czytelnika”. Taki właśnie jest też Albert. Po prostu dziecięcy, bywa – jak podkreśla narrator – grzeczny i niegrzeczny, a nawet, co więcej, to przesadna grzeczność chłopca budzi niepokój jego taty (Co się stało z Albertem?)

Książki o Albercie nie bywają przy tym ostentacyjnie antypedagogiczne ani nie są tekstami dwuadresowymi skierowanym również dla rodzica. Mimo to są na tyle lapidarne i niewymuszone, że budzą także sympatię dorosłych. W zasadzie trudno o inne niż entuzjastyczne recenzje [klik], [klik], [klik]. Mamy małych chłopców porównują bohatera ze swoimi dziećmi, ale jak widać na naszym przykładzie również małe czytelniczki odnajdują w nim  swoje doświadczenia.

Ta magia uniwersalności roztacza się właściwie na każdej płaszczyźnie. Obejmuje także dorosłych bohaterów, którzy są w tych książeczkach mniej lub bardziej empatyczni. Nie są idealni, powiedziałabym, że są ludzcy. Tata potrafi jednocześnie z ogromną cierpliwością usypiać syna (Dobranoc Albercie) lub żartować z jego lęku przed duchami (Kto straszy, Albercie). Bywa zajęty i pochłonięty domowymi obowiązkami, ale bywa też spostrzegawczy, umiejętnie dostrzegając emocje syna. Babcia bawi się ze starszymi kuzynami, zapominając o Albercie, co pozwala mu nie tylko doświadczać odrzucenia, ale i wymyślić sposób, by przykuć uwagę rodziny (Sprytnie, Albercie).

Mały bohater ma dosyć dużą przestrzeń swobody. Nawet czteroletni Albert sam chodzi do sklepu lub zostaje sam w domu. Myślę, że wynika to z faktu, iż książki szwedzkiej autorki Gunilli Bergstorm powstawały od lat siedemdziesiątych, kiedy dzieci wychowywano z większą dozą wolności. Ma to swoje tekstowe konsekwencje. Po pierwsze: Albert bardzo często funkcjonuje na tle grupy rówieśniczej, w przestrzeniach, gdzie dorosły nie ma dostępu. Bohater staje się ofiarą przemocy (Kto obroni Alberta?), ale również sam staje się jej sprawcą i musi uporać się z wyrzutami sumienia (Albert i Potwór). Po drugie: wychowywany jest bez presji, nie musi być wyjątkowy i zdobywać szeregu umiejętności. Jednym słowem, nie jest i nie musi być dzieckiem idealnym. Wzrasta w dużym, smętnym blokowisku, gdzie często doświadcza – uwaga! uwaga! – nudy, na którą np. znajduje lekarstwo, tworząc wyimaginowanego przyjaciela Molgana. Jego codzienność, podobnie zresztą jak codzienność jego taty, bywa niesatysfakcjonująca – w „Co cieszy Alberta?” bohaterowie mierzą się z poświątecznym znużeniem. Nie jest to więc doświadczenie wyjątkowe, nieznane czytelnikom, a mały bohater potrafi z niego znaleźć proste, choć skuteczne wyjście. Być może właśnie ten wyczuwalny dystans i luz sprawiają, że Alberta tak dobrze czyta się małym i dużym czytelnikom? Bo ani jedni, ani drudzy nie muszą być idealni…

Bergström_Gunilla_2
Gunilla Bergström i jej piękny uśmiech

Albert to także ilustracje, charakterystyczna postać wykreowana przez samą autorkę, której promiennego uśmiechu nie sposób zapomnieć. Obie z córką lubimy tę kreskę, prostą i sugestywną zarazem, nie imitującą rzeczywistości. Taki właśnie powinien być łobuziak, nie do końca idealny dziecięcy bohater. Gunilla Bergstorm od lat siedemdziesiątych zdążyła napisać i zilustrować kilkadziesiąt tomów Alberta, który oryginalnie po szwedzku nazywa się Alfons Aberg. Skoro tak, Zakamarki, które w Polsce wydają Alberta, opublikowały na razie mniej więcej 1/4 serii. Myślę więc, mam nadzieję, że przed moją studentką Albertologii stosowanej jeszcze wiele powodów do radości i wiele wypraw do ulubionej księgarni.

Zdjęcia córki / Łukasz [wpisofsernik.pl] ; zdjęcie autorki / Jörn H Moen [klik]

Posted Under
Bez kategorii
  • My tez z synkiem uwielbiamy Alberta. Nie mamy żadnego na własność, lecz wypozyczamy z biblioteki i dzięki temu co miesiąc poznajemy nową historyjkę. Choć przez to, że Albert jest tak lubiany może się skuszę na kupno własnego tomu. Kolejną świetną serią jest tez Nusia.

    • Nam się na razie udało pożyczyć dwóch Albertów, bardzo są rozchwytywani w naszych bibliotekach. Ale już widzę, że ciężko się będzie rozstać. Nusia też piękna, choć u nas jakoś nie chwyciła.

      • Ciekawi mnie, co jeszcze byś poleciła do czytania dla dzieci? W końcu ich święto się zbliża…

  • Bardzo interesujący kierunek do studiowania i podobnie jak inne, niewątpliwie użyteczny:)

  • Bea

    Czytałam Alberta pierwszej córce – czytam i drugiej – obie zachwycone. Ja zresztą też. Uwielbiam szwedzkich autorów – fenomen wolnego dziecka pojawia się u nich dość często co dla mnie, matki Polki, stanowi fajną perspektywę.

    • To prawda, mają coś ci Szwedzi w sobie takiego – jest oddech w tych książkach i taka szeroka, niewymuszona perspektywa