Love more, worry less

Love more, worry less

Weekend. Minął szybko, ale za to wyjątkowo intensywnie. Postanowiliśmy z Martą nie siedzieć w domu i czekać na pojawienie się potomka, tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Spacery, wycieczki i podjadanie w knajpach. O tak, ten plan był tak genialny, że nie mógł się nie udać ! A jednak…

W sobotę Córka nasza miała występ taneczny. Grupa, do której uczęszcza, specjalnie z okazji dnia dziecka przygotowała cały, bardzo złożony, układ choreograficzny. Na nasze nieszczęście występ odbywał się podczas jednej z masowych imprez w centrum handlowym. O zgrozo ! Miejsca i imprezy, które staramy się ostatnio unikać jak, nie przymierzając, Bronisław chorągiewki , niestety nas wciągnęło. Nic to, zagryźliśmy zęby i daliśmy radę. Najważniejsze, że Córka dała radę – w ogóle nie czuje stresu czy też strachu przed dużymi tłumami co nas bardzo cieszy. Wytańczyła co miała wytańczyć, zrobiła ukłon i ogólnie dała czadu na scenie. Hell yeaah ! Potem szybko uciekliśmy i pojechaliśmy na Śródkę zjeść coś dobrego. Wjechały 2 dobre serniki w miłym towarzystwie, ale o tym jakie były i czy smakowały, będzie w osobnym sernikowym wpisie. Cały dzień zleciał jak z bicza trzasnął, Córka w miarę normalnie poszła spać, tak samo jak my.

Ale za to niedziela… Tak samo. Bez spiny i nadęcia. Kilka godzin spędziliśmy nad Wartą. Jak wiadomo teraz można nad rzeką pić alkohol na legalu więc więcej ludzi. Widziałem prawdziwego, bezwstydnego na dodatek wieloryba, który opalał się na trawie. Nie wiem jak, ale udało mu (jej) się jeszcze wcisnąć w strój. Poznałem ją już z daleka, po bezwstydnie rozłożonych udach jakby akurat łapała światło (niczym czarna dziura) i Bóg wie jeden co jeszcze tam złapała. Ogólnie Greenpeace płakał jak to widział. My natomiast nad brzegiem puszczaliśmy kaczki, co w naszym wydaniu wygląda tak, że Córka rzuca kamienie do wody jak popadnie, a ja jestem pod ogromnym wrażeniem. Ubaw niezły. Fajny czas, będziemy tam częściej przychodzić pomimo wielu rzeczy, które miasto jeszcze powinno zrobić z brzegiem Warty, bo wykoszenie trawy to nie wszystko. Jak wiadomo woda wyciąga niezły głód więc zafundowaliśmy sobie na obiad hot-dogi, a co tam ! Od czasu do czasu można się kulinarnie zeszmacić, ważne że smakuje ! Wieczorem trochę leniuchowania, zakończenie 2 sezonu House of Cards (bardzo, ale to bardzo zabawny serial). Łóżko i spanie.

O 3:30 w nocy obudziliśmy się, bo Marta dostała skurczy. Po 7 jechaliśmy już na porodówkę. W tym czasie nasza niania (najlepsza pod słońcem !) ogarniała Córkę do przedszkola. Godzina 8:00 trafiliśmy z Martą na salę, a ok 12:40, po rozkręcającej się akcji porodowej Marta (najwspanialsza wśród kobiet!) urodziła mi Syna. W Dzień Dziecka. Najlepszy prezent jaki można sobie wyobrazić. Wszyscy jesteśmy ogromnie podekscytowani, pełni emocji, adrenaliny i pozytywnej energii. Jesteśmy także potwornie zmęczeni. Zmęczenie jednak ginie gdzieś na trzecim planie. Liczy się tylko mały Syn, który śpi na Marcie. Wiele obaw odnośnie organizacji porodu jakie mieliśmy jeszcze tydzień temu rozwiało się bezpowrotnie. Rodziliśmy w najlepszym (ani nie prywatnym, ani w najbardziej renomowanym) szpitalu w Poznaniu z zajebistą ekipą, która naprawdę się stara i dla której Marta nie była kolejną krzyczącą na łóżku kobietą. Jak się okazało, trafiliśmy na tę samą położną, która odbierała poród Córki. Wszystko poszło tak jak trzeba i to dzięki wielkiej pomocy dobrych ludzi. Marta i Syn odpoczywają, ja już w domu z Córką, która szybko zasnęła. Mam w sobie tyle adrenaliny, że nie zasnę przez długi czas.

Czuję się szczęśliwy.

Od dziś w naszym życiu pojawił się kolejny mały rock’n’rollowiec, życie znów nabiera tempa (a nie brakowało nam go przez ostatnie 4 lata). Jest czad, ogień, łzy i radość. Na kwiaty też przyjdzie czas.

PS – Skąd tytuł „Love more, worry less” ? Koszulka z takim właśnie napisem prześwitywała spod kitla naszej lekarce, która odbierała poród. W sam raz na dzisiejszy dzień.

Peace !!!

 

Posted Under
Bez kategorii