Nieidealni. Rodzice, którzy nie chcą zarządzać dzieciństwem

Od dłuższego czasu praktykujemy programowo nieidealne rodzicielstwo, rodzicielstwo rozleniwione. Komfort bycia nieidealnym rodzicem to przede wszystkim zgoda na leniwy przepływ czasu i unikanie przeładowanego planu dnia / tygodnia. W zamian za to dzieci otrzymują czas na swobodną zabawę, a rodzice szansę na opartą na uważności relację, Nie jesteśmy w tym odosobnieni. Po latach intensywnej kontroli, trenowania dziecka do wyścigu szczurów, który – nota bene – nie prowadzi już donikąd, rodzice coraz częściej mówią dość.

O niebezpieczeństwach takiego stylu wychowawczego, który z dziecka czyni projekt do zarządzania pisał guru powolności Carl Honore w swojej słynnej książce Pod presją:

Skrajne formy takiego wychowywania dzieci nazywają się różnie w różnych częściach świata. Wychowywanie helikopterowe – bo mama i tata stale krążą nad głową. Nadrodzicielstwo. Skandynawowie żartują na temat „curlingowych rodziców”, którzy gorączkowo szczotkują lód, zanim dziecko zrobi pierwszy krok. W Japonii „matki-nauczycielki” poświęcają każdą sekundę na przepchanie dziecka przez tamtejszy system edukacyjny.

Ale nie tylko rodzice czyszczą lód, pchają dzieci naprzód i krążą im nad głowami niczym helikoptery. Wszyscy, od państwa począwszy, na przemyśle reklamowym kończąc, mają swoje pomysły na dzieciństwo. W Wielkiej Brytanii parlamentarna grupa robocza jakiś czas temu alarmowała, że zbyt wiele dzieci marzy o karierze księżniczki z bajki czy gwiazdy futbolu. Wniosek: doradztwo zawodowe dla pięciolatków.

Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, żeby zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po Rewolucji Przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego.

Honore mnoży przykłady przeładowanych planów dnia bardzo małych dzieci. W jego diagnozach pobrzmiewa ironiczny dystans, trudno zresztą odmówić im trafności, choć mam wrażenie, że w przeciągu niespełna dekady od powstania książki zmienił się jednak trochę styl rodzicielstwa. Świadczą o tym m.in. niedawno opublikowana w Polsce książka Petera Grey’a Wolne dzieci. Nie znam jej jeszcze, choć lektura bardzo ciekawego bloga autora [klik] daje nadzieję na dobrą lekturę.

W podobnym co Grey duchu manifest ruchu Slow parenting sformułowała Jean Alice Rowcliffe, była królewska niania, autorka autobiograficznej książki The Last Tear o chorobie na raka i śmierci swojego jedynego syna. Wśród 10 punktów Rowcliffe przestrzega przed nadużywaniem nowych technologii, podkreśla wartość  nieskrępowanej niczym zabawy oraz kreatywności, która może czasem wynikać z nudy . Wyznacza rodzicom niby dość oczywiste, a jednak warte wyeksponowania cele, z których jasno wynika, że rodzic pełni funkcję przewodnika / pierwszego nauczyciela dziecka i w związku z tym powinien być uważny, empatyczny, ale przy tym rozumiejący, że czasy się zmieniają i styl relacji z dzieckiem trzeba dopasować do współczesności. Innymi słowy, metody naszych rodziców nie muszą być dobre dla naszych dzieci – co dostrzega każdy świadomy i odpowiedzialny rodzic.

O pożytkach z dzieciństwa na wolnym wybiegu mówi również Leonore Skenazy, autorka bloga Free Range Kids, która zasłynęła tym, że pozwoliła 9letniemu synowi na samodzielny powrót do domu nowojorskim metrem. Została przez to okrzyknięta mianem  Najgorszej mamy Ameryki  i w ten sposób rozpoczęła się jej kariera matki-aktywistki, która walczy o namiastkę wolności dla dzieci. W arcyciekawej rozmowie opublikowanej w Gazecie Wyborczej Leonore stawia pytania:

Dlaczego zabieramy naszym dzieciom tę jego część, którą sami uważaliśmy za najcenniejszą – zabawę z przyjaciółmi, odkrywanie czegoś, rozwalanie czegoś i naprawianie, gubienie się i odnajdywanie drogi, posiadanie osobnego świata, do którego nie mają wstępu dorośli, gdzie liczysz tylko na swoje umiejętności, swoją odwagę i gdzie o wszystkim decydujesz sam?

I jej odpowiedzi bliskie są refleksjom Honore’a. „W pewnym momencie – mówi Leonore – jako społeczeństwo zdecydowaliśmy, że dzieci nie mają kompetencji, żeby samodzielnie prowadzić swoje dzieciństwo, i muszą nam to wyoutsourcingować„. W ten o to sposób dziecko stało się zakładnikiem szerokiego projektu dorosłych na dzieciństwo.

Myślę o tym wszystkim, patrząc na moją, wciąż jeszcze dziecięcą, choć niepostrzeżenie coraz bardziej dziewczyńską córkę. Wołam ją z pokoju obok, gdy karmię synka i mam wyrzuty sumienia, że nie spędzam z nią czasu. W głowie mam plany, żeby poczytać z nią książki lub zająć się nią w inny sposób. Chcę się jeszcze pobawić mamo – odkrzykuje mi, a ja się rozpogadzam. Nie w efektywności rzecz. Nie w milionie pomysłów na wspólny czas. Nie przeładowuję mojej córki planami i oczekiwaniami, a sobie pozwalam na nieidealność.

Posted Under
Bez kategorii
  • ostatnio jestem pod wrażeniem książki „Wolne dzieci” Peter’a Gray’a – na parę spraw pozwoliła mi spojrzeć z innej perspektywy. polecam (jak będziecie w Białym, to z chęcią podrzucę ;)).

    • O super, chętnie pożyczę. Planujemy być w sierpniu. Jestem bardzo ciekawa tej książki.

  • simplifepl

    „wartość nieskrępowanej niczym zabawy oraz kreatywności, która może czasem wynikać z nudy” tak, to jest to co popieram całą sobą.

    • i ja w pełni popieram 🙂 niestety dopiero przy drugim dziecku, doceniłam jaką wartość ma takie „rozleniwione” wychowywanie 😉

  • A gdybyśmy odwrócili nazewnictwo i nieidealnym nazwali rodzicielstwo polegające na intensywnym zapełnianiu dnia mocą atrakcji i nowych bodźców i wypełnianiu czasu po przegi czymś „bardzo istotnym”, a idealnym te leniwe rodzicielstwo gdzie dziecko może być dzieckiem, bawić się i tulić do rodziców – czy to nie byłoby bardziej prawdziwie nazwane i bardziej adekwatne do rzeczywistości?