Na wsi. Czytając „Ostatnie dziecko lasu”

Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko – powiedziała mi nie tak dawno córka, powtarzając jeden z moich ulubionych bon motów, gdy całą sobą jadła czekoladowego loda. Jego ślady były dosłownie wszędzie: na policzkach, brodzie, nosie, czole (!) i uszach (!), nie wspominając już o ubraniu. Moje dziecko wciąż potrafi mnie zaskoczyć w tej materii, bo wydaje mi się niemal niemożliwe, że można się aż tak ubrudzić, a jednak…

Zasadniczo, tak, ma jednak rację. Brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Wakacje to najlepszy moment, w którym można się o tym dobitnie przekonać.

Jesteśmy z dziećmi u dziadków na wsi. Córka z kuzynem kłócą się i godzą, a w międzyczasie biegają po podwórzu, wchodzą na drzewa, bawią się w błocie, pluskają w basenie, wyrywają i zjadają marchewki, częstują się owocami prosto z krzaka. Podlewają dziadkom kwiaty i nasłuchują ptaków. Robią zupę dla czarownic z błota, liści i niedojrzałych jabłek. Zasadzają i podlewają kamienie. Patrzę na nią i widzę siebie samą, gdy miałam 4-5 lat i spędzałam lato u swoich dziadków na działce. Niby mimochodem moja babcia uczyła mnie podstaw świata przyrody: chodziłam z nią na grzyby, obserwowałam ptaki, zajadałam się świeżymi owocami, pomagałam w ogrodzie. Moja córka dokładnie tak samo teraz uczy się świata przyrody w praktyce od swoich dziadków. No i bawi się całą sobą, swobodna zabawa na świeżym powietrzu to nieskończona lekcja kreatywności.

92_normW niezwykle rzadkich wolnych chwilach, najczęściej gdy pilnuję płochego snu młodego, podczytuję książkę Richarda Louva, Ostatnie dziecko lasu, która sprawia, że te letnie zabawy wydają mi się jeszcze bardziej znaczące i najzwyczajniej w świecie fajne. Louv dołącza się do krytyków przesadnego zagospodarowania dzieciństwa, o których pisałam tu [klik], ale rzuca też na sprawę nową perspektywę, przyrodniczą właśnie. Zastanawia się, jak to się stało, że na przestrzeni jednego pokolenia zerwano kontakt z naturą, który był integralną częścią dzieciństwa. Jego książka to po trosze nostalgiczna, po trosze publicystyczna wyprawa w świat, który nie istnieje: do domków na drzewie, które znikły z krajobrazu Ameryki, do swobodnych zabaw, które zastąpiły nowe technologie. Nawet w pięknych okolicznościach przyrody czyta się tę książkę nielekko, bo obnaża przede mną samą moją własną, bardzo miejską ignorancję – dobrze się zapowiadałam, a przecież nie znam nazw wielu roślin, nie rozpoznaję głosów ptaków, które mnie otaczają. Ale w książce Louva znajdziemy dużo więcej powodów do smutnych konstatacji, nie tylko jednostkowych niestety: autor zwraca uwagę na przemiany cywilizacyjne, na to jak zapośredniczona wiedza zastępuje doświadczanie świata, jak rosną całe pokolenia ludzi pozbawionych najprostszych doświadczeń. Jak w imię kontroli pozbawiliśmy dzieci przestrzeni do spontanicznej zabawy i możliwości autentycznego poznawania świata. Jak ten zerwany kontakt przypłaciliśmy wzrostem chorób cywilizacyjnych: emocjonalnych i psychicznych zaburzeń, depresji i nadpobudliwości, które dotykają także najmłodszych.

W kulturze zachodu XXI wieku wszechobecna technologia sprawiła, że jesteśmy zalewani informacją. Jednak nawet w tej epoce informacji, część niezbędnej wiedzy zostaje utracona. Doświadczenie przyrody polega na wąchaniu, słuchaniu, smakowaniu, dostrzeganiu czegoś więcej niż „przezroczysty papierek, w który zawinięto świat niczym cukierek tak ściśle, że nigdy nie można się doń dobrać”. […] Nasze życie wśród czterech ścian wydaje się ograniczone, jakbyśmy utracili kilka wymiarów przestrzeni. Owszem, mamy te wszystkie gadżety – telefony komórkowe, aparaty cyfrowe, laptopy. Oczywiście, że większość z nas, również ja, je uwielbia. Jednak jakość życia mierzy się nie tylko tym, co zyskaliśmy, ale też tym, co w zamian musieliśmy utracić.

Louv nie poprzestaje na swoich gorzkich diagnozach i stara się znaleźć rozwiązania na przywrócenie bliższych związków z przyrodą. Dużo tu dywagacji i dużo amerykańskiego kontekstu mniej czytelnego dla polskiego czytelnika, ale sporo też błyskotliwych zadań wyznaczanych rodzicom i całej społeczności, które mogą powstrzymać zespół deficytu natury. Niemniej same spostrzeżenia są ciekawe – i dla mnie, mieszczucha -przeszywające grozą. Przemawia do mnie pojawiająca się w tekście metafora kontaktu z przyrodą jako wędrówki po muzeum. Dla ignorantów słabo znających się na historii naturalnej to jak spacer po muzeum, gdzie 9 na 10 obrazów odwróconych tyłem do ściany. Pytanie, czy nie chowamy dzieci na takich ignorantów, kołacze mi po głowie ostatnio szczególnie mocno, nawet w chwilach, gdy moja córka zdziera swoje kolana na drzewach w ogrodzie swoich dziadków …

Posted Under
Bez kategorii