Słomiany wdowiec

Słomiany wdowiec

W życiu każdego męża przychodzi taki moment, w którym czy tego chce czy nie, zostaje słomianym wdowcem. Żona wyjeżdża na konferencję, z dziećmi do dziadków czy też sama do mamusi aby przemyśleć kilka spraw i zostawia swojego męża samego w domu. Sytuacja wydawałoby się wręcz idealna, pusta chata bez żony i dzieci, cisza i spokój w każdym kącie mieszkania. Nic tylko się cieszyć. Czy oby na pewno ?

Słomiany wdowiec – szczęściarz z wolną chatą bez żony i dzieci na głowie. Przez ostatnie 2 miesiąc mniej więcej tak wygląda mój czas, że Marta z dzieciakami albo u moich rodziców na 2 tygodnie wakacji albo u swoich rodziców na Podlasiu. Z przerwami na wizytę w Poznaniu. Ja w domu sam. Ma to swoje plusy w postaci trochę wolnego czasu. Czasu w którym można załatwić kilka zaległych spraw, spotkań i nie musieć w miarę szybko po pracy pędzić do domu. Można nawet wyjść na piwo do multitapu. Minusy są oczywiste – nuda i rutyna w domu. Opowiem Wam z własnego puntu widzenia jak to jest z tym słomianym wdowcem w akcji.

1 etap – planowanie. Już wiesz, że będziesz sam w domu, wiesz, że żona wyjeżdża, zabiera ze sobą dzieci. W głowie zaczynasz sobie planować co zrobisz w ten wolny czas. Nikomu o tym nie mówisz, bo to Twoja tajemnica, ale ogólnie w grę wchodzi nadrabianie zaległości serialowych, czytanie książek, uzupełnianie szybko znikających zapasów zimnego piwa w lodówce lub też totalne i nie obciążone żadnymi konsekwencjami nicnierobienie. Czujesz całym sobą, że będzie ogień.

2 etap – żona i dzieci wyjeżdżają. Odwozisz je w drugi kraniec kraju, zostajesz dzień lub dwa i wracasz do domu, bo trzeba wracać do pracy. Żegnasz się z bólem serca, bo tak jest. Kochasz i wiesz, że będziesz tęsknić. Już sama podróż powrotna jest pewnego rodzaju oczyszczeniem. Pędzisz autostradą swoim ukochanym autem, klima chłodzi, w cd zapuszczony dobry punkrock. Tylko ty i autostrada. Możesz na chwilę otworzyć okna i poczuć się jak easy rider. Chwilę później luźno położone rzeczy w aucie zaczynają fruwać więc musisz zamykać szybko okna. i tak jest zajebiście.

3 etap – pierwsze wolne dni w domu. Przyjeżdżasz do domu, otwierasz drzwi mieszkania i wchodzisz na swoje śmieci. Słowo śmieci jest tu bardzo adekwatne, bo przed wyjazdem, podczas pakowania zrobił się niezły burdel i ktoś musi go teraz posprzątać zanim zalegną się szczury czy bezdomni. Po dwóch godzinach (kwestia wprawy i małego metrażu) dom świeci jak po przejściu perfekcyjnej pani domu, a ty w końcu możesz otworzyć piwko, usiąść do komputera i obejrzeć ogromnie ważny film, coś w stylu Kickboxer 16. Jest dobrze.

4 etap – chwilo trwaj. Etap ten trwa jakieś (mówię o sobie) 2 – 3 dni. Rozkoszujesz się tym, że prosto z roboty nie musisz pędzić do domu i po drodze na zakupy. Po prostu wychodzisz z pracy i na luzaku jedziesz do domu. Jak ci się chce to sobie zrobisz zakupy, a jak nie to nie. Dopiero potem zaczyna robić się dziwnie.

5 etap – cicho wszędzie, głucho wszędzie. Swobodne godziny zaczynają Ci przeszkadzać. Wciąż to samo – praca i dom. Na dodatek pusto w tym mieszkaniu jakoś, nie ma się do kogo odezwać. Mijając pokój córki tęsknym wzrokiem szukasz oznak jej małej obecności, jakiś mały bałaganik na dywanie, gdzieś rozrzucone ubranka. Nic, wszystko posprzątane. Nocą nie potykasz się o sprytnie pozostawiony klocek na dywanie. W kuchni też tylko kubek, szklanka i talerz. Od kilku dni te same. Zaczynasz mocno tęsknić za swoim poprzednim stanem gdzie dom pełen, Córka biega, Syn płacze, a żona woła Cię z drugiego pokoju. Dzwonicie do siebie codziennie, rozmawiasz przez telefon z Córką, która pyta się czy jutro przyjedziesz, a ty cały czas mówisz, że nie możesz.

5 etap – złudna imitacja. Rozrzucasz w pokoju Córki kołderkę na jej łóżku. Przełamanie monotonii. I tak zaczynasz świrować. Wieczorami siedzisz w pustym mieszkaniu, nie chce ci się nigdzie wychodzić. Kładziesz się spać przed 23, wstajesz o 7. Dzwonisz codziennie, piszesz codziennie. Od czasu do czasu zasiadasz do bloga aby coś napisać, ale z reguły kończy się tylko szkicem albo krótkim tekstem bez polotu. Na horyzoncie pojawia się wolny weekend, dwa wolne dni. Miałeś spotkać się ze znajomymi, ale tego nie robisz. Zamiast tego planujesz sobie dużo rzeczy – sprzątanie, malowanie łazienki, czyszczenie auta czy też warzenie piwa. Aby nie tęsknić i ciągle nie myśleć o dzieciach i żonie zarzucasz się pracą. Byleby przetrwać kolejne dni. Auto umyte, dom wysprzątany, w wannie spokojnie bulgoczą dwa fermentowy z piwem (swoją drogą ciekawe czy będą ok?).

6 etap – koniec. Do powrotu rodziny zostaje kilka dni. Siedzisz jak na szpilkach. Wiesz, że niebawem będzie cała ekipa w komplecie. Pomimo dużej odległości już wiesz, że i tak pojedziesz w piątek po pracy i zrobisz trasę w mniej niż 5 godzin. Projekt Słomiany Wdowiec uważasz za prawie zakończony i już nie chcesz aby powrócił.

Tak to już jest, że bycie samemu w domu jakoś mi nie sprzyja. Nudzę się bez mojej rodziny, bez nich jestem niekompletny.

 

PS – W wolny weekend uwarzyłem 2 warki piwa (udaje mi się coraz bardziej skracać czas całego procesu), posprzątałem mieszkanie oraz balkon, pomalowałem łazienkę dwukrotnie i obejrzałem „Ósmy pasażer Nostromo”. Kickboxer 16 jakoś mnie nie zachwycił.

Posted Under
Bez kategorii