Kilka powodów dlaczego zajeżdżam się w kuchni

Kilka powodów dlaczego zajeżdżam się w kuchni

Od ponad dwóch lat wiele moich wolnych dni i wieczorów ma wspólny mianownik – zamiast odpoczywać, wysypiać się po intensywnej (mniej lub bardziej) pracy, ja siedzę po nocach przy piekarniku, stoję przy garze zaciernym i coś piekę, gotuję lub warzę. Na drugi dzień jestem na wpół żywy, a wiadomo obowiązki w domu i małżeństwie są. Wiele razy już powtarzałem sobie, że to ostatni raz, że muszę wyluzować i mniej przesiadywać w kuchni. Nic z tego. Inaczej nie potrafię. I w końcu wiem dlaczego tak jest.

Wszystko zaczęło się w sumie bardzo dawno temu (… w odległej galaktyce…) gdy miałem może trochę ponad 10 lat. Babcia moja była mistrzynią kuchni. Piekła takie ciasto drożdżowe, że ośmielę się stanowczo o tym powiedzieć, dziś już takich ciast się nie piecze. Najlepsze jest to, że zawsze piekła to ciasto „na oko” i na szybko mieszała składniki. Babcia robiła też najlepszy na świecie barszcz ukraiński, którym to wraz z moim dziadkiem zajadaliśmy się (koniecznie z ziemniakami) przy wspólnym stole. Od babci wszystko się zaczęło. To Ona pokazała mi jak piec, trochę jak gotować. Potem tę szkołę przyjęła moja mama, a na sam koniec (czyli od jakichś 8 lat) sam zacząłem eksperymentować wprowadzając dużą dawkę improwizacji podpartą dobrą bazą teoretyczną. I tak się zaczęło, że w kuchni to w sumie pałeczkę przejąłem ja. Po prostu to lubię. Lubię stać przy garach i wymyślać coś nowego lub gotować coś z pojechanych przepisów. Na koniec, gdy Marta przykleja do tego swój znak jakości i mówi, że jest pyszne, wiem że jest dobrze. Wkręciłem się w serniki, wiadomo. Potrafię przyjść styrany z pracy w piątek wieczorem i jeszcze siedzieć do 3 nad ranem i studzić upieczony sernik po to aby przy sobotnim śniadaniu (który w naszym domu jest niemalże czczony) zjeść kawałek dobrego sernika. Uwierzcie mi, nie ma nic lepszego niż dobrze zrobiony sernik, a najlepiej jeszcze o dość pojechanym smaku (upiekłem niedawno eksperymentalny piwny sernik chmielony na zimno amerykańską odmianą chmielu, o czym informowałem TU).

Od pół roku warzę w domu własne piwo. Jestem piwoszem, mogę to przyznać otwarcie i bez wstydu. Jestem hopheadem. Wiedzą o tym moi bliscy, wiedzą o tym moi znajomi. Lubię piwo, dobre piwo. Czasem lubię za bardzo, czasem lubię na wstrzymanie mniej. Innych alkoholi prawie nie pijam, są dla mnie za mocne. I tak z tym piwem wyszło, że w domu powstał na chwilę obecna mikro browar, składający się z pożyczonego gara warzelnego o poj. 50 litrów, chłodnicy zanurzeniowej, 4 fermentorach (Marta jeszcze nie wróciła z Podlasia i wie o 2) oraz niezliczonej ilości butelek przechowywanych w piwnicy. Warzę piwo, bo lubię świadomie wypić dobry trunek i niemal w 100 % wyrzekłem się koncernowych piw. Jest tyle gatunków piwa, że nie sposób tego ogarnąć od tak sobie. Nawiasem mówiąc to trzymanie tego (sprzętu) w mieszkaniu, w którym żona moja kochana Marta, uskutecznia zaawansowane techniki minimalizmu jest czymś więcej niż małżeński kompromis. W szafie, w wannie, a teraz w pokoju córki „bulgoczą” sobie żwawo w fermentorach dwa piwa – single hop mosaic apa oraz american wheat, która to będzie warką piwa na cześć narodzin syna, o !

Piekę chleby. Na zakwasie. Są tak dobre, że w domu rzadko pojawia się inny chleb (bułki zwykłe cały czas, ale pieprzyć to!). Zakwas mój to młokos, ma zaledwie rok. Spokojnie jednak siedzi sobie w lodówce, nie awanturuje się, a kiedy go potrzebuję to z całą swoją mocą przychodzi mi z pomocą. Czasem zdarza mi się obdarować kogoś bochenkiem chleba, ale jest to nieliczne grono. Tak pozostanie. Do chleba mam szacunek.

Oprócz sernikowego geeka, piwnego hopheada jestem także kawoszem. Bardzo lubię kawę, dobrą kawę. Mam w Poznaniu swoje ulubione miejsca na kawę, zwłaszcza jedno. Kawa ta otworzyła mi oczy (kubki smakowe) na to, że kawa to nie tylko na szybko wypijany czarny napar z dodatkiem cukry i mleka. Dobrze zaparzona kawa mleka i cukru nie potrzebuję. I taką kawę pijam. Lubię jej owocowość, bo kawa jest owocowa, co wielu ludzi wprowadza w zaskoczenie. Mam w domu młynek żarnowy, na korbkę. Do tego w miarę dobry przelew. Kawa wychodzi mi dobra, a na pewno lepsza od 70 % miejsc jakie kawę podają. Przestałem pijać kiepską kawę i dla tej dobrej potrafię wstrzymać się z piciem 2-3 dni. Wciąż się uczę, wciąż testuję. Testy te, tak jak wczoraj skończyły się tym, że nie spałem zbyt dobrze. Ustawiając grubość mielenia kawy do przelewu, za każdym razem robiłem 200 ml naparu, który piłem. Serce wczoraj grało w rytmie boiler room.

Żałuję, że nie umiem jeszcze wielu rzeczy zrobić sam. Bardzo chciałbym nauczyć się kuchni tajskiej, jej niesamowitych smaków. Umiem zrobić kilka dobrych, naprawdę dobrych dań, ale czuję że to wierzchołek góry lodowej jaką jest cała kuchnia azjatycka.

W końcu, po krótkim wprowadzeniu, dochodzę do sedna sprawy. Otóż stojąc kiedyś w łazience, po nieprzespanej nocy (warzenie piwa od 21 do 5:30 nad ranem), ledwo ogarniając opadające ze zmęczenia powieki pomyślałem sobie „po chuj ci to wszystko ?” Wybaczcie język, ale tak właśnie było, a nie chcę stracić na wiarygodności zmieniając treść swoich myśli. A po to, że wszystko to co robię, to że tak staram się uczyć i rozumieć pewne rzeczy, jest niczym innym jak praktykowaniem uważnego/świadomego jedzenia (mindful eating). Wszystko to co robię, to w jaki sposób podchodzę do jedzenia i picia stało się świadome. Moje życie kręci się dookoła jedzenia, naprawdę. Twierdzę, że jedzenie jest równie dobre jak porządny seks, że seks i jedzenie są bardzo mocno ze sobą powiązane (o czym mam zamiar popełnić niebawem wpis). Uprawiam foodporn (nie nie, nie takie porno o jakim myślicie!), o jedzeniu mogę mówić i słuchać godzinami. Bardzo mocno staram się aby jeść świadomie, pić świadomie i nie tracić czasu na bezsensowne opychanie się. I od razu chcę zaznaczyć, że mam z tym też pewien problem, bo od czasu do czasu lubię się kulinarnie zeszmacić jedząc hot-doga na stacji paliw czy też hamburgera z literką M. Wszystko opiera się dobrych proporcjach.

I tak o to już wiadomo dlaczegoż to głównym powodem mojego zmęczenia w dni wolne jest gotowanie, pieczenie, warzenie i Bóg jeden jeszcze wie co. Chciałbym także nadmienić, że ogromnie podziwiam wszystkich ludzi, którzy prowadzą swoje własne knajpy. Z sernikami, kawą, polskim, azjatyckim, marokańskim i każdym innym jedzeniem. Swym kulinarnym zmęczeniem zaledwie ocieram się o trud jaki wnoszą w realizację i prowadzenie swoich własnym kulinarnych marzeń.

PS – O świadomym jedzeniu i nie tylko bardzo sensownie napisane jest TU, polecam.

 

Posted Under
Bez kategorii