Przeciwko demonom czarnowidztwa i pesymizmu

Budzę się raniutko i z niepokojem przypominam sobie, że pieluchy się chyba kończą. Sprawdzam, rzeczywiście, kończą się. Sklep jeszcze zamknięty, za dwie godziny Ł. wychodzi do pracy, ja zostaję sama z dziećmi do wieczora. Mamy pewne problemy z wózkiem, z wnoszeniem i znoszeniem wózka konkretnie, który nieoczekiwanie zaczął spełniać się w roli kołyski, a ciężki jest jak diabli, więc spacer do sklepu z dziećmi nie jest taki oczywisty. Martwię się. Budzę Ł. Nie mamy pieluch, nie wystarczy nam do Twojego powrotu, mówię. Spokojnie, pójdę do sklepu przed pracą i przyniosę, mówi Ł. i odwraca się na drugi bok.

Co wynika z tej opowieści? Że mam fajnego męża, to raz. Wiem to, bo sama wybierałam. Ale oprócz tego – że moje demony czarnowidztwa wracają, czasem znienacka przy drobnych codziennych sprawach pojawiają się, mają się dobrze, a przede mną mnożą czarne scenariusze. I że mam w perspektywie pracę nad nimi, wciąż na nowo, żeby bez potrzeby nie zamieszkiwały mojej głowy. I że dlatego właśnie, drogi czytelniku, jak flagi używam pojęcia uważność – żeby się przed nimi bronić.

Mam je od zawsze, z jakiegoś powodu chyba mam do nich predyspozycje. Mam w sobie zadziwiającą łatwość do widzenia cienia rzeczy. Stwierdzam to ze smutkiem. Ale z radością myślę o tym, że równie naturalne mam predyspozycje do uważności, która pozwala mi zanurzać się w chwili i świadomie prowadzić myśli w jaśniejszą stronę.

Patrzę na moją entuzjastyczną, głośną, intensywną córkę, która rzeczywistość przeżywa totalnie – od biedronki na drodze po zepsutą sygnalizację, od drobnych zakupów po sadzenie drzewka – wszystko wywołuje u niej głębokie zaangażowanie. Czuję dumę i radość, choć najwyraźniej niewielka w tym moja i moich genów zasługa. Zaczęłam już rozumieć, że to nie cecha jej dzieciństwa, to cecha jej charakteru. Moje zadanie – to modelować z umiarem, przede wszystkim nie psując jej naturalnych darów. I nie roztaczać przed nią, nawet mimochodem, czarnych scenariuszy. To złudzenie, że do czegokolwiek w życiu są potrzebne – nie wzmacniają zdolności przewidywania, nie chronią przed zawodami życiowymi, nie pozwalają omijać pomyłek. Wiem to dobrze. O ich destrukcyjnym wpływie na dziecko przekonałam się któregoś poranka, gdy szłyśmy razem do przedszkola. Córka miała brać tego dnia w wyścigu dookoła przedszkola, który – jak to ona – bardzo przeżywała. Na pewno go wygram, mówiła. Ponieważ co jak co, ale gen rywalizacji rozbudowany ma aż nadto, próbowałam – jak się okazało nieudolnie – delikatnie ostudzić jej zapał. Pamiętaj, że jak nie wygrasz, to też będzie fajnie, mówię. Nie wygram? Dlaczego nie wygram? – zapytała zasmucona córka, a ja już wiedziałam, że powinnam była ugryźć się w język. Ten grzeszek przypomina mi, że moje demony powinnam zdecydowanie zostawić dla siebie.

Ja sama, cóż, cieszę się życiem, a i owszem, ale w dość stonowany sposób. Demony czarnowidztwa i pesymizmu za to mam rozhulałe, choć nie towarzyszą mi już zawsze (bo intensywnie pracuję nad tym, żeby ich się pozbyć), ale często wracają i słyszę ich chichot za uchem.

Nie jestem odosobniona w tej walce, wiem to, choć być może nie po każdym ich głęboki wpływ widać. Demony czarnowidztwa nie tylko podstępnie wybiegają w przyszłość, poddają w wątpliwość nasze plany i zamierzenia, ale i wspierają pesymizm, by wspólnie z nim całościowo psuć naszą opowieść. Bo jeśli życie jest nie tyle może nowelą, co wielowątkową powieścią, to – jak sugerują specjaliści od storytellingu – odpowiednie  rozłożenie akcentów pozwala nam na snucie naszej opowieści. Możemy narzekać, wyolbrzymiać porażki i przewidywać klęski, ale możemy również  porażkom i trudnym doświadczeniom nadawać jakiś sens, widzieć świat nie tylko w czarnych barwach, a taki jak jest – wielokolorowy.

Brzmi to banalnie? Może trochę. Zwłaszcza dla ludzi, którzy nie podejmują walki z destrukcyjnymi siłami własnych demonów i nie mają pojęcia, jakie bywa to czasami trudne. By nie epatować ciemną stroną. Moja ulubiona głosicielka psychologii pozytywnej Barbara Fredrickson w rozpoczynającej swoją książkę sekwencji pisze o typowym poranku, w którym budzik nie zadzwonił, pojawiła się złość na współpracowników, córka budzi się za wcześnie, a ranek przemienia się w paskudny wyścig z czasem. Znacie to? Ja znam. Gdy zdarza mi się budzić w takim nastroju, próbuję – czasem jak widać po sytuacji rozpoczynającej ten wpis z pomocą męża – obudzić się jeszcze raz.

Z małych radości przeciwko demonom: towarzyszy nam tu ostatnio rodzinnie Florence and the Machine, którą zaraził nas mój mąż. Córka uwielbia śpiewać na głos jeden z jej większych przebojów, Shake it out. Fraza z refrenu brzmi w jej wykonaniu mniej więcej tak: szejkitout/ anitajmtudenswiddewlonmajbek/ sołszejkimof. Śpiewa jak zwykle z pełnym zaangażowaniem i dogłębnie mnie wtedy rozczula. Nie wie jeszcze, co śpiewa, ale cóż, ma rację. Więc śpiewamy sobie razem: And it’s hard to dance with a devil on your back. So shake him off.

Tak jak – prócz oryginału – uwielbiam wykonanie tych dzieci:

Czy ja już pisałam, że dla mojej córki i od mojej córki uwielbiam się uczyć nowych rzeczy?

Ps Ł. przyniósł pieluchy, ale tego dnia i tak wyszłam z dziećmi na spacer. Spędziliśmy wspólnie z niesamowicie aktywną córką i nieśpiącym synem fantastyczny dzień, szukając prezentu na zbliżające się urodziny tatusia. Cóż, czarne scenariusze, jak zwykle zresztą, okazały się zupełnie zbędne.

Posted Under
Bez kategorii