Mała maksymalistka. Dziecko i pułapki konsumpcji

Późne wakacje nad morzem upłynęły nam niespiesznie pod znakiem długich pobytów na plaży, objadania się rybą i leniwych spacerów po posezonowej turystycznej miejscowości. Wśród licznych straganów z – inaczej się tego nie da nazwać – popierdółkami uświadomiłam sobie, że stało się. Moje starsze dziecko zostało zdeklarowaną maksymalistką, pożądającą kolekcji, kolekcjonującą wrażenia i nowe zabawki, niepohamowaną w konsumpcji soczków, słodyczy i atrakcji. Przyczyn jest zapewne kilka. Może to przedłużające się w nieskończoność wakacje, może pewne rozluźnienie związane z narodzinami brata? Może częstszy dostęp do telewizji, a może to spore już przedszkolne doświadczenie i wpływ przedszkolnych koleżanek? Dość powiedzieć, że eskalacja zachcianek narasta, a my jak zdarta płyta powtarzamy, masz już dużo, nie trzeba, nie naciągaj, choć zdarza się też ulegamy i kupujemy, kupujemy. Ech.

Coś wymknęło nam się z rąk. Nie pierwszy i nie ostatni raz w rodzicielstwie, bo choć wiele zależy od nas, to jednak nie wszystko. Kształtowanie człowieka to dyscyplina zbiorowa i oprócz nas bierze w niej udział cała, metaforycznie rozumiana, wioska. A i, cóż, nasze minimalistyczne decyzje nie muszą być wyborami naszego dziecka. Jak z tego wybrnąć?

W praktyce wygląda to tak, że właśnie próbujemy dzielnie stawić opór m.in. kucykom Pony, których ja sama nie lubię m.in. z równościowych względów, o których pisałam tu [klik]. Tak, wiem, parę miesięcy temu pisałam, że nie mam z nimi problemu – moje dziecko nie interesuje się nieszczęsnymi konikami. Otóż, wymądrzałam się, już się interesuje, nawet bardzo. Stopniowo rośnie jej kolekcja. Byłam świadkiem rozmowy z dawno niewidzianą koleżanką, której podekscytowana Córka wyjaśniała, że ma już 3 koniki. Na co koleżanka, że ona ma wszystkie, a nawet więcej niż wszystkie. A ja kątem oka widzę już, jak mina memu dziecku zrzedła. Banał? No banał. Czy rozmawiamy, że nie musi mieć wszystkiego? No oczywiście, że rozmawiamy, wielokrotnie ostatnio. Próbujemy uodpornić i na wpływ grupy, i na atrakcyjność reklam. Stoimy przy tym w kłopotliwym szpagacie jak mądrze dawać, jak nauczyć czerpać radość z tego co jest, jak ograniczać niekontrolowany przypływ zbędnych przedmiotów.

A wszystko to rozgrywa się w obliczu exodusu uchodźców, na który nie da się patrzeć spokojnie i bez emocji. Przyglądam się mojemu nieświadomemu tych wydarzeń dziecku, które chciałoby więcej i więcej. Cieszę się, że mogę jej dawać, nawet gdy nie bardzo chcę. Cieszę się, że troski jej dzieciństwa są tak banalne, pal już sześć te pieruńskie koniki, które tak trudno mi polubić. Nie wychodzi mi z głowy banalny kontrast, pomiędzy nami, którzy mając tak wiele, wciąż narzekają na jakiś brak, a tymi, którzy desperacko próbują chronić swoje życie. W swojej mikroskali waham się i zastanawiam, czy i jak trwogę tego czasu przekazywać czteroletniemu dziecku. Zwłaszcza że nie mam wątpliwości, że chciałabym wychować raczej empatycznego i wrażliwego niż sytego i pozbawionego współczucia dorosłego.

Na innej płaszczyźnie zastanawiam się, dlaczego moje dotychczasowe strategie okazały się chybione. Staramy się uczyć odpowiedzialności za rzeczy, absolutnie nie kupujemy wszystkiego, co się dziecku zamarzy, uczymy dokonywania konsumpcyjnych wyborów i oddawania niepotrzebnych rzeczy. A – w naszym odczuciu – dziecięce zabawki wciąż się gromadzą i piętrzą. Sami byliśmy dziećmi, które – jak wszystkie w tamtych czasach – miały niewiele. Ale dorastaliśmy już w rodzącym się kapitalizmie, mieliśmy czas, by znudzić się z nabywaniem i by wyrobić w sobie dystans, który nie każe rozpieszczać dziecka rzeczami. A jednak dziecięce pragnienie posiadania okazuje się silniejsze niż nam się wydawało. Wciąż dostrzegamy więcej zalet posiadania mniej niż więcej. W kontekście wychowywania dziecka szczegółowo wypunktował to Joshua Becker [klik] i miał wiele racji, pisząc m.in., że dzieci stają się mniej samolubne, bardziej kreatywne i mają głębszy kontakt z naturą. Tak, tak, tak! Tylko jak do tego skutecznie przekonać nasze dziecko?

Posted Under
Bez kategorii
  • Taas

    Exodusu uchodźców? Mhm… https://www.youtube.com/watch?v=7L3eSbpETf8

    • Tak, wiem – ja nie o tym. Możemy się spierać o to, czy przyjmować czy nie, kto przyjeżdża, jak się zachowuje i jakie będą tego konsekwencje. Niezależnie od wszystkiego stoi za tym jednak pewien dramat ludzi pozbawionych domów. I sytej Europy, która na różne sposoby mierzy się z tym węzłem gordyjskim. A ja w swojej mikroskali, no cóż, czuję pewien dysonans pomiędzy tym, co ma moje dziecko, a czego nie mają dzieci uchodźców. I tyle.

  • Hmmmm, czasem moja córka notorycznie o coś woła…, wciąz czegoś chce, z drugiej strony doskonale rozumie, że nie wszystko moge jej dać/kupić i wie, że są dzieci, które nie mają choć połowy tego co ona. Jednak nadchodzą te gorsze dni, że nic do niej nie dociera i ona po prostu chce! Myślę, że to nie do końca nasza wina, w końcu jednak rozumie o co chodzi i nie jest całkiem przekonana, o tym, że wszystko jej się należy! Myślę, że to kwestia bycia dzieckiem w dzisiejszych czasach, gdzie wszędzie wszystkim az po prostu kipi…..nie popełniasz błędu, czasy nam nie pomagają!

    • Mam nadzieję, że córa po przydługich wakacjach wróci na swoje tory. Bo dotąd też to wszystko rozumiała i naprawdę nie miałam z nią problemu. Dzięki za wsparcie 🙂

  • Ja też czuję dysonans między tym, co mają moje dzieci, a czego nie mają inne.
    I ta ciągła potrzeba nabywania, bo chcę, bo ktoś ma, bo tak pokazują paskudne reklamy.

  • Bardzo podoba mi się to, że udało Ci się wpleść wątek uchodźczy, bo to jest rzeczywiście temat, na który powinniśmy szeroko dyskutować. W duchu dziecięcego minimalizmu zorganizowałam własnie ostatnio wymienianki osiedlowe – zachęcałam sąsiadów, by razem z dziećmi przeglądali zabawki, ubrania, książki i razem z nimi przyszli się wymieniać i sprzedawać. Frekwencja była stosunkowo niska (wspominam też o tym na blogu), dziwiły mnie też reakcje dzieci, które z zazdrością przychodziły i mówiły: a mi mama nie pozwala. Za to mój synek, gdy uzbieraliśmy kilka toreb rzeczy dla domu dziecka, uczy się silnej woli, że te zabawki są dla potrzebujących, że są dzieci, które niewiele mają, a przede wszystkim nie mają rodziców. I z takimi trzeba się dzielić. Mam nadzieję, że na następną tego typu akcję przyjdzie więcej osób.

  • Kasiu, widziałam na blogu, fajna inicjatywa 🙂 Masz w sobie społecznego ducha, trzymam kciuki za przyszłe wymienianki, może Cię kiedyś odwiedzę?
    Co do uchodzców / migrantów – ta kwestia aż kłuje w oczy. Nasze dzieci mają szczęście, że przychodzą na świat w pokoju i dostatku, że ich i nas dotykają głównie problemy pierwszego świata.

  • Pamiętam jak jako dziecko ciągle czegoś chciałam… To musi być trudne dla rodzica. 🙂 Teraz to widzę, ale jako maluch po prostu chciałam coś mieć i już, i koniec, bez względu na wszystko. A jak koleżanki miały, a ja nie to dopiero była przykrość…

    • Wie, wiem – też to pamiętam. Dziecko jest bezkompromisowe pod tym względem, ale nie da się mieć wszystkiego i tego się też trzeba nauczyć

  • Pingback: Na małej przestrzeni. Rodzinne potyczki z minimalizmem – pani poczytalna()