Spokojne tory

Spokojne tory

Koniec wakacji. Pomału wracamy na nasze własne, spokojne tory. Pogoda postawiła kropkę nad „i” i totalnie się spieprzyła. Cały dzień przesiedzieliśmy w domu. Na dodatek czas leci jak szalony i aż trudno uwierzyć w to, że jeszcze dwa, trzy dni temu siedzieliśmy na plaży lub w słońcu chodziliśmy brzegiem morza. A wiadomo, jak człowiek chodzi brzegiem morza, to dopada go spokój i wtedy rozmyśla.

Tegoroczne wakacje, choć krótkie, naprawdę się udały. Odpoczęliśmy na tyle na ile dwójka naszych dzieci nam pozwoliła. Pogoda idealna, codziennie nad morzem. Dwa razy poszalałem i jako jeden z bardzo nielicznych wykąpałem się w zimnym Bałtyku. A Bałtyk zimny był bardzo, czułem to wszędzie, w każdej kościstej i niekościstej kończynie jaką posiadam. Jednak przyjemność z pływania (mniej lub bardziej składnego) jest zawsze taka sama. Codziennie jedliśmy „świeże ryby z nocnego połowu”. Było naprawdę dobrze.

Wstałem któregoś dnia wcześniej niż reszta ekipy i poszedłem po bułki. Poszedłem wzdłuż brzegu, po niemal pustej plaży. Zaledwie kilka par i jedna biegaczka minęły mnie po drodze. Musiałem sobie przemyśleć kilka spraw z, powiedzmy to, bliższej przyszłości. Brzeg morza to idealne miejsce na takie akcje. „Gdzie jestem, co robię i dokąd zmierzam” kłębiło mi w głowie, a odpowiedzi zdawały się oczywiste: „Dziwnów. Idę brzegiem morza po bułki”, ale nie o takie wnioski tym razem mi chodziło. Trochę spraw życiowych, to gdzie chciałbym być za jakiś czas oraz jak to zrobić i w jakim tempie. Są to sprawy, które od dłuższego czasu zbyt często do mnie powracają i muszę się z nimi rozprawić raz na zawsze. Także sporo rozkmin na temat samego bloga, jego dalszego prowadzenia czy też nie prowadzenia. Jeśli pisać, to może w innej formie, może wrócić do schematu sprzed roku, a może pisać też więcej o żarciu, piwie i saabach. Może jednak rzucić to w cholerę i przestać się silić. Wszystkie te myśli biły mi się w głowie, jedna skakała przez drugą i gdy już wydawało mi się, że mam rozwiązanie i powinienem to wszystko ogarnąć w jak najszybszym czasie, to wtedy zobaczyłem wyrzucone na brzeg martwe meduzy. I to mnie przekonało, że nie można wszystkiego zrobić tak od razu, że pośpiech i wszystkie te szeroko zakrojone plany potrzebują uporządkowania i przede wszystkim czasu. Te meduzy, które umarły na plaży też miały plany i marzenia. Może chciały, jak ich praprzodkowie, wyjść z wody i dać początek czemuś wielkiemu ? Może chciały też przejść się linią brzegową i pomyśleć nad sensem swojej galaretowatej istoty ? Niestety przeliczyły się i zbyt pochopnie ruszyły w kierunku upragnionego celu jakim był ląd i przypłaciły to porażką. Ja nie mogę skończyć jak one.

W drodze powrotnej kupiłem bułki, a także dałem się skusić na kawę na wynos. Niby znanej marki więc powinna być znośna. Całą drogę do pokoju zastanawiałem się co to za smak i przede wszystkim aromat. Na schodach mnie olśniło. Kawa miała zapach identyczny jak moje letnie Hankook’i jakie w tym roku kupiłem do saabiny.

Dobrze, że te wakacje już się kończyły. Idzie jesień, moja ulubiona pora roku. Siedzieliśmy wczoraj na Śródce i przez okno Raju obserwowałem ulicę. Słońce już zmienia kąt, czuć to. Bardzo lubie ten moment przełamania pór roku. Niebawem grzybobrania, palenie w piecu u rodziców i długie wieczory. Cieszę się, że po blisko dwóch miesiącach w rozjazdach i rozłące, w końcu wszyscy jesteśmy w domu. Ogarnęliśmy się w walizkami i domowym bałaganem. Teraz potrzebujemy trochę czasu aby wbić się w nasz własny, nie zawsze idealny rytm. Córka idzie do przedszkola. Przyda jej się to, bo ostatnio zrobiła się trochę krnąbrna. Syn śmieszny taki – z dnia na dzień coraz więcej ogarnia.

Całą naszą czwórką wjeżdżamy na nasze, wspomniane już, spokojne tory.

Posted Under
Bez kategorii