Minimalistyczna wyprawka po 3 miesiącach

Gdy pojawia się dziecko, świat wywraca się do góry nogami. W moim odczuciu – nieważne które dziecko, choć są tacy, którzy twierdzą, że z drugim dzieckiem jest łatwiej. Pod pewnymi względami, owszem, jest, choć moje drugie nie zafundowało mi bynajmniej taryfy ulgowej. Dziś jednak nie o tym. Miesiąc przed narodzinami syna podzieliłam się moją wizją minimalistycznej wyprawki [klik]. Jako że jest w aktywnym użyciu przez ponad trzy miesiące, czas na refleksję, zwłaszcza że życiowa praktyka weryfikuje nasze decyzje.

Sen ponad wszystko

Okazało się, że mogłam być bardziej radykalna, jeśli chodzi o łóżeczko i wszystkie związane z nim przyległości. W Większości na szczęście odziedziczone po córce. Cóż, choć całodobowa nieodkładalność  z wolna odchodzi do historii, wciąż jakieś 80-90% dnia organizują moje ręce. W nocy nasz syn to bezkompromisowy współspacz. Mama, cyc i kropka. Nieśmiałe próby przenoszenia kończyły się najczęściej na moich rękach. Dość powiedzieć, że łóżeczko nie jest nam zupełnie potrzebne – służy jako kosz na upraną bieliznę. Trochę przyduży kosz jak na nasze nieduże mieszkanie. Wahamy się niemal codziennie, rozkładać czy nie rozkładać i jeszcze nie podjęliśmy decyzji.

Ale kruchy sen dziecka wymusił na nas inne, także zakupowe, decyzje. Nieodzowność szumu suszarki [klik], który pomagał synowi w zasypianiu… skończyła się wraz ze spaleniem suszarki. Póżniej zastępowaliśmy telefoniczną aplikacją, skłoniła nas jednak do zakupu szumisia. Szumiś – mimo swojej ceny – okazał się strzałem w 10 i stał się nieodzowną częścią rytuału usypiania.

Wyposażyliśmy się w jeszcze jeden spory gabarytowo mebel. Drugi wózek stał się częścią naszego domowego krajobrazu, gdy syn polubił zasypiać w wózku. Codzienne znoszenie i wnoszenie wózka na trzecie piętro przekraczało nasze możliwości. Na szczęście wózek udało nam się pożyczyć, co jest absolutnie ergonomicznym rozwiązaniem. Natomiast nasz wózek używka sprawuje się na spacerach doskonale… do czasu, gdy syn śpi. Jak nie śpi i nie ma ochoty – koniec, kropka – ręce mamy najlepsze.

Noś mnie mamo

Mimo deklaracji nie zdecydowaliśmy się – jeszcze! -na nosidło. Czekamy aż dziecko usiądzie i będzie nadawało się do tego typu atrakcji. Jednak z chustą nie było łatwo. Wielkie zwoje materiału przerażały mnie, mimo ćwiczeń nie szło mi najlepiej. Chustowaniu nie sprzyjały też ani upały, ani ruchliwość mojego syna. Na szczęście ostatnio zaiskrzyło i udało się! Moje wiązania nie są jeszcze perfekcyjne, ale syn daje się zamotać. W chuście najbardziej lubi… oglądać świat. Gdy jest zmęczony, chce być odłożony do wózka, cóż, taki to zadziwiający egzemplarz.

Ubranka podaj dalej

Odziedziczone ubranka sprawują się świetnie. Mamy to szczęście, że kupujemy w sumie nieliczne rzeczy. Natomiast jako że syn rośnie powinnam je wprowadzić w szybszy ruch i podać dalej, żeby ich bez potrzeby nie gromadzić w małym mieszkanku. Z tym nie szło mi do tej pory najlepiej, ale mam nadzieję, że powakacyjna pora będzie sprzyjać płynniejszemu obiegowi za małych ciuszków.

Przemeblowania

Mimo że – jak mi się wydawało – skrupulatnie wydzieliłam niezbędną na rzeczy dziecka przestrzeń, w praktyce okazuje się, że jest jej za mało. Ruch dziecięcych przedmiotów okazał się na tyle kłopotliwy, że musieliśmy dokupić trochę większy regalik, a stary przesunąć w inne miejsce.

Akcesoria i zabawki

Strzałem w dziesiątkę okazała się torba do wózka, nawet mimo faktu, że nie jestem do końca zadowolona z jej jakości. Nie wiem już jak obchodziłam się bez niej, towarzyszyła mi w licznych podróżach i na codziennych spacerach. Kompletnie natomiast chybiona okazała się mata edukacyjna, którą kupiłam – na szczęście – po przecenie, leżenie pod pałąkami zabawek nie interesuje mojego syna. Najbardziej fascynującą zabawką dla niego… jestem ja sama i jego starsza siostra, spędzamy całe dnie dostarczając mu rozrywki i pretekstów do interakcji.  Na tej samej zasadzie bujaczek zaakceptował dopiero wówczas, gdy zdjęłam mu sprzed oczu pałąk i może się w nim nam przyglądać. Być może jeszcze dorośnie.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że nawet przemyślana i oszczędna w moim odczuciu wyprawka, nie jest wolna od wpadek i zakupów nie do końca przewidzianych, udanych lub mniej udanych. I że w zasadzie, cóż, dziecko za każdym razem uczy pokory. Fakt, że przy starszym sprawdziły się pewne rozwiązania, nie oznacza, że zaakceptuje je młodsze. I że w desperacji, no cóż, whatever works, skoro dziecko śpi w wózku, nawet małe mieszkanie jest w stanie pomieścić dodatkowy mebel.

Posted Under
Bez kategorii
  • maga

    No, u trzymiesięczniaka raczej trudno oczekiwać wielkiego zainteresowania matą edukacyjną 🙂

  • Tak, najwidoczniej. Ale albo pamięć płata mi figle, albo faktycznie tak było, że 3 miesięczna Córa całkiem już lubiła matę. A chyba jednak nie płata. W ogóle lubiła jak coś nad nią wisi, ten nie bardzo.

  • U mnie trójka. Każde inne 🙂 Nie da się utrafić, za dzieckiem nie nadążysz. A zabezpieczyć się musisz 🙂 Piękni jesteście!

    • No właśnie – każde inne. Niby oczywiste, a jednak zawsze zaskakuje 😉 Dziękujemy za dobre słowo!

  • Zgadzam się z Tobą, że co dziecko to inna historia, inny charakter i preferencje. Sama to widzę po mojej dwójce i w sumie całe szczęście, że nie wyrzuciłam tych rzeczy, które się przy starszym nie sprawdziły. Ponieważ: leżaczek-bujaczek synkowi w ogóle nie przypadł do gustu, a młodsza leży w nim i sama się buja i jest jej cudownie. Mata edukacyjna – starszego również drażniły pałąki i szybko się z niej wyprowadził, młodsza ją uwielbia(ła) już od pierwszych dni! Chusta? Starszy tak, młodsza nie. Z takim rozstrzałem tylko jednej rzeczy możesz być pewna: żeby kupić pieluchy 🙂

    • Dokładnie tak. Nieustająca lekcja rodzicielskiej pokory 😉