Jesień z uważnością

Jeszcze jej dobrze nie widać, ale już czuć ją w powietrzu. Widać w słonecznych promieniach, innych już, złamanych i zgaszonych. Jesień. Złota polska. Indian summer. Moja ulubiona pora roku. Jesienią – tak się składa – wszystko się dla mnie zaczyna. Oboje z Ł. urodzeni jesteśmy na granicy lata i jesieni, więc może to nie przypadek, że wszystkie nasze rocznice wypadają właśnie jesienią. Poznaliśmy się, zaręczyliśmy i pobraliśmy o tej porze roku. Na ten czas przypadają również początki moich dwóch ciąż, w tym niezapomniane emocje związane z dwiema kreskami na testach ciążowych. Zaczątki życiowych rewolucji.

Jesień to czas rozpoczynania nauki i snucia planów. Lubię i lubiłam się uczyć, więc uczyłam się długo i gorliwie, a nowe zeszyty i podręczniki każdorazowo niosły ze sobą obietnice. Nawet teraz, gdy początek września to dla mnie pora wzmożonych wydatków, wciąż jest dla mnie coś ekscytującego w tych początkach. Być może po części dlatego jesienią snułam plany na przyszłość. Pełnia lata męczyła upałem i plątała mi w głowie, a jesienią ogarniał mnie spokój i pewność. Powstawał wyrazisty plan. Wyrazisty do następnego lata… Działo się to niby niedawno, gdy wierzyłam jeszcze w realizację postanowień, bo im jestem starsza, tym bardziej akceptuję nieprzewidywalność życia i zamiast planów doceniam umiejętność improwizacji. Tu i teraz zamiast wychylenia w przyszłość (lub też zanurzenia w przeszłości). I w tym właśnie widzę jego urodę, jego przewrotny, nieoczywisty sens.

Tej jesieni – bez planów i postanowień, a jednak z Nowym na pokładzie i z nowym, nieznanym za pasem – jest mi dobrze. Dziś rano, korzystając z krótkiej drzemki synka, szykowałam obiad. Dzień toczył się niespiesznie. Z garnka pachniało moim popisowym daniem, a ja tańczyłam do piosenki jednego z moich ulubieńców, Barry’ego White’a. Ogarnęła mnie fala wdzięczności. Za tubalny głos Barry’ego White’a i za zapach gotującego się obiadu. Za wszystkie zbiegi okoliczności, plany zrealizowane i porzucone w pół drogi, które doprowadziły mnie do tego momentu. Za moją rodzinę, że jesteśmy wszyscy w komplecie, zdrowi, no aktualnie trochę przeziębieni. Za nasz własny, skromny kawałek podłogi, nawet mimo że będziemy musieli spłacać długie lata. Za to, że tu gdzie mieszkamy nie toczy się wojna i jesteśmy w tym promilu szczęśliwców, którzy mniej lub bardziej syci mogą żyć, kochać, pracować i wychowywać swoje dzieci. Troszczyć się o własne sprawy. Stawiać czoło problemom, głównie tym pierwszego świata.

Tak, ta wdzięczność była podszyta lękiem, lękiem samolubnym o siebie i swoich najbliższych i lękiem globalnym. Tak, była ulotna. Niepokój też minął, choć wraca, to niespokojne czasy. To skupienie, w radości, niepokoju i wielu innych emocjach, nakierowane na chwilę obecną towarzyszy mi coraz częściej. Uważność, gdy się już ją zacznie praktykować, nie daje się łatwo wyłączyć. Jest mechanizmem, który nie tylko pozwala zwolnić czy docenić urodę życia, lecz także dostrzec jego złożoność.

Ponieważ niesamowicie lubię ten stan pełnej obecności, praktykuję go, czytam o nim i piszę, zapraszam na inspirowany lekturami i praktyką cykl o uważności.

Źródło zdjęcia [klik]

Posted Under
Bez kategorii
  • Kilka razy się uśmiechnęłam czytając ten wpis. Po pierwsze dlatego, że słuchałaś Barrego White’a, którego też uwielbiam, a mój odtwarzać dawno o nim zapomniał. Po drugie, bo wyobraziłam sobie taniec w stylu Johna Cage’a, prawnika z Ally McBeal, który chował się w łazience, by odstawiać swój odstresowujący rytuał. Po trzecie, bo mając stan lekkiego przeziębienia to i tak jest sukces i można go ochrzcić zdrowiem. Tak przynajmniej jest u mnie.
    Już się nie mogę doczekać na cykl wpisów o uważności, bo samej ciężko mi się zabrać do treningów. A Twoje wpisy mnie niewątpliwie do tego inspirują.

  • Przypis: mając kilkuosobową rodzinę z dziećmi stan lekkiego przeziębienia można ochrzcić zdrowiem 🙂

    • Dzięki Kasiu 🙂 Barry White był niesamowity, nie mogę się uwolnić od jego głosu. Radość była tym większa, że akurat grano go w radiu, w związku z minioną rocznicą urodzin.
      A stan lekkiego przeziębienia, cóż, z przedszkolakiem na pokładzie to chyba norma.
      I dzięki za doping w sprawie uważnościowych wpisów, powstają 😉