Dlaczego uważność? O początkach słów kilka

Uważność. Mindfulness. Praktykuję, doczytuję i przemyśliwuję. Dzielę się tym na blogu, używając tego pojęcia bardzo często i prezentując w różnych jego odsłonach. Ale jakoś tak – wybaczcie – zapomniało mi się o podstawach. Tu i teraz nadrabiam zaległości.

Pojęcie jest ostatnio modne i eksploatowane, choć przecież nie jest niczym nowym, ma bogatą, zakorzenioną w buddyzmie tradycję. Choć przyjęło się za jednym z głównych teoretyków pojęcia Jonem Kabatem Zinnem mówić o szczególnym rodzaju uwagi: świadomej, nieosądzającej i skierowanej na bieżącą chwilę, lubię myśleć o nim jako o pełni obecności. Całe instrumentarium, które za tym stoi, można bez trudu odnaleźć w sieci, ja np. lubię klarowny wywód Pawła Dybernego [klik], który zgrabnie wprowadza do praktyki Mindfulness. Więc ja nie o tym.

Kiedy przydaje nam się uważność?

Niezależnie od mód, uważność – w moim odczuciu – przydaje się permanentnie, jej praktykowanie wciąga i pozwala na długofalową, trwałą zmianę perspektywy. Praktykowanie uważności to splot różnych kompetencji: empatii i dystansu, spostrzegawczości i poznawczej pasji, współczucia i rozumienia. Poszukiwanie meritum. To nie tyle oczyszczanie swojej głowy z myśli i emocji, co próba zapanowania nad gonitwą myśli i zrozumienia rządzących nami emocji, nieustająco interpretujących rzeczywistość, którą widzimy.

W zasadzie najbardziej chyba przydaje się na zakrętach, w momencie, w którym czujemy, że stoimy przed ścianą, zapędziliśmy się w kozi róg czy kopiemy się z koniem – a przy okazji wszystkie te metafory oddają to, czym uważność nie jest. Nie jest walką, zmaganiem się, powinnością. Nie jest też listą rzeczy do zrobienia i praktyk do opanowania. Jest czystym byciem, odnalezieniem w sobie pokładów dobrostanu i harmonii, które w nas przecież drzemią. Oparty o uważność, a stworzony przez Jona Kabata-Zinna program MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction programme) pozwala w części lub całości uporać się z depresją, zaburzeniami lękowymi, stresem czy bezsennością.

Jednocześnie – co ważne – uważność nie jest samym zachwytem nad światem, nie jest wyłącznie kontemplowaniem otaczającego nas piękna, a świadomym doświadczaniem różnych, także trudnych stanów. Wątpliwość dotyczącą tego jak ma wyglądać uważność w cierpieniu wyraziła autorka bloga My Slow Nice Life w tym wpisie. Nie umiem odpowiedzieć z autopsji,  choć przykłady postaci terminalnie chorych, które chłoną życie i czują za nie wdzięczność można mnożyć. Więc coś jest na rzeczy, o czym jeszcze pewnie przy okazji.

Jak się za to zabrać?

Możliwości jest wiele – od kursów, najczęściej 8 tygodniowych, prowadzonych w większych miastach, po lektury i codzienną praktykę. Ja wybrałam to drugie i trzecie rozwiązanie nie ze względu na niechęć do kursów, co raczej dociążenie życiem rodzinnym. A zatem – nie wykluczam w przyszłości i nie odradzam tym, którzy mają taki zamiar.  Czytam dużo anglojęzycznych materiałów w sieci i wydane po polsku książki m.in Kabat-Zinna oraz Williamsa i Penmana, a ślady moich lektur widoczne są na blogu. Jestem samoukiem, nie certyfikowanym specjalistą.

Jest parę czynników, które najskuteczniej powstrzymują nas od bycia uważnym i – szczerze – konia z rzędem temu, co nigdy jej nie doświadczył. Po pierwsze: zanurzenie w przeszłości, wybieganie w przyszłość i gonitwa myśli, czyli wszystkie te stany, w których myśl odrywa się od teraźniejszości. Jeśli wzmocnimy je stresem, pośpiechem i przeładowanym planem dnia, reszta dzieje się sama –  a my w efekcie szamoczemy się z życiem, z głową pełną planów na zaś lub wspomnień, zamiast w nim realnie być.

Zacznijmy od poluzowania autopilota

Jest cała masa rzeczy, które robimy rutynowo, bez cienia refleksji. Nie oszukujmy się, ta umiejętność bardzo jest nam w życiu potrzebna. Oznacza to, że robimy jedno, a w naszej głowie myśli urządzają sobie galop w dowolną stronę. Ale im częściej w ciągu dnia sięgamy po autopilota, nie poświęcając uwagi temu, co robimy – tym bardziej potrzebujemy OD CZASU DO CZASU wyłączyć ten mechanizm. Pamiętacie opowieść o tym, jak Jon Kabat-Zinn czyścił piecyk [klik]? W ten właśnie sposób można otworzyć się na pełnię doznań płynących do nas z chwili obecnej. Oczywiście można w tym miejscu wzruszyć ramionami i powiedzieć, no tak, to idiotyczne, nie będę świadomie poświęcał uwagi prostym, domowym czynnościom. Mam dla ciebie dobrą wiadomość, nie musisz. Ale gdy za każdym razem lekceważysz to, co robisz w danej chwili, zapominasz doświadczać życia.

Smaki, zapachy i… kasztany

W swojej książce Williams i Penman proponują na początek proste ćwiczenia związane ze świadomym… jedzeniem. Np. pozwolić, by kawałek czekolady delikatnie rozpływał się w ustach, powstrzymując się dłuższą chwilę od połknięcia. Lub ćwiczenie z rodzynką, o którym też już kiedyś wspominałam [klik], polegające na dokładnym przyjrzeniu się rodzynce i powolnym dotykaniu językiem jej chropowatej faktury i wolnym rozgryzaniu. To proste doświadczenie – zaskakująco! -może uświadomić jak w pośpiechu zapominamy smakować życia.

Ja sama wykorzystuję wczesną jesień, by zbierać z córką kasztany. Nasze powroty z przedszkola zyskują swój niepowtarzalny rys, bo niby codziennie robimy to samo, ale za każdym razem jednak inaczej. Ona, jak to dziecko, uwielbia kasztany i zachwyca się każdym znalezionym pod drzewem. Ja, przyznam, z fascynacji kasztanami nigdy do końca nie wyrosłam: ich doskonały kształt, piękny głęboki kolor i przyjemna faktura pod palcami nieodmiennie mnie zachwycają.

Banalnie? Może trochę. Przygodę z uważnością można rozpocząć na różne sposoby, wystarczy na początek przełamać rutynę: ze zwykłej przekąski zrobić ucztę, z powrotu do domu wyprawę po kasztany lub wymyślić własny, unikalny sposób.

Tekst powstał w ramach cyklu Jesień z uważnością . Źródło zdjęcia [klik]. CDN

Korzystam z książki Minfulness. Trening uważności, Marka Wiliamsa i Danny’ego Penmana, tłum. K. Zimnoch, wyd. Samo Sedno, Warszawa 2014.

Posted Under
Bez kategorii
  • Kto nie żyje uważnie ten nie żyje wcale 😉