Nieodkładalne dziecko. W stronę uważności i empatii

W potrzebę bliskości wyposażone jest każde dziecko, ale nie wszystkie manifestują to tak zdecydowanie. Z moim nieodkładalnym synkiem nie ma przebacz. Dni upływają na nieustannym przytulaniu i noszeniu. Pozostawiony na chwilę domaga się pełnej koncentracji. W nocy śpi wtulony we mnie. W ciągu dnia – jest postęp – udaje mi się go od czasu do czasu odłożyć i uśpić w wózku, który oczywiście musi się bujać podczas spania.

Gdy był zupełnie malutki, czułam się jakbym wciąż była w ciąży – tylko brzuch miałam mobilny. Mówi się, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka to jak czwarty trymestr ciąży.  Ale jego potrzeba bliskości nie zmniejszyła się ani trochę, gdy skończył trzy miesiące życia, ewoluowała jedynie. Nosimy się, przytulamy, a gdy skończyły się upały wreszcie nauczyliśmy się motać w chuście. Śpiewam mu niemal non stop, a on, wyraźnie zadowolony, coś po swojemu odśpiewuje. Uwielbia być w interakcji. Podczas karmienia przerywa jedzenie, gdy coś innego pochłania moją uwagę. Gdy zasypia w nocy, lubi trzymać mnie za rękę. W ciągu dnia noszony wkłada mi do uszu paluszki, głaszcze mnie po włosach, jakby wciąż potrzebował potwierdzenia mojej obecności. To ten typ dziecka, od którego nie wyślizgniesz się po cichu, nie ma mowy – każda próba kończy się natychmiastowym wybudzeniem.

Wydaje się, że niemowlak jak mój wymaga olbrzymich pokładów cierpliwości. I to po części prawda. Mam jednak wrażenie, że bardziej kluczowa jest tu empatia, nieustanna gotowość do spoglądania na świat z jego perspektywy. Jestem więc w stanie permanentnego treningu z uważności i empatii, często z dobrym, ale czasem z gorszym skutkiem.

Interakcja pełna miłości

Przeżywam z synem sporo rodzicielskich olśnień. Wielokrotnych przebłysków głębokiej satysfakcji z teraźniejszości. Z córką, choć obdarzałam ją ogromną miłością, na tym etapie byłam niecierpliwsza. Nie mogłam się doczekać, gdy będzie bardziej komunikatywna, a ja lepiej zrozumiem jej zwiększone potrzeby, bo pod innymi względami także nie była łatwym dzieckiem. Z synkiem natomiast odczuwam więcej radości z bycia z nim tu i teraz, pewnie dlatego, że sprawniej już wychwytuję niemowlęce komunikaty. Gdy jest  spokojny i jesteśmy ze sobą w interakcji – mówię do niego, przytulam, śpiewam, całuję tak, że śmieje się w głos –  całe jego niespełna czteromiesięczne jestestwo mówi: „kocham cię”. O tym wyrazie twarzy maluszka sugestywnie pisała Martha Sears w Księdze dziecka:

Jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy […] jest sposób, w jaki dosięga mnie wzrokiem. Oczami wyraża wdzięczność. Zwraca do mnie twarz i oczy. Są tak pełne ekspresji i uwielbienia. Wydaje się, że jest całkowicie świadomy mnie jako swojego źródła miłości i dobrostanu. Pragnie mojej obecności i bez reszty cieszy się naszym byciem sobą. To prawdziwa pełna historia miłosna.

Noszenie pełne endorfin

IMG_20150924_132444
z synkiem na spacerze

Coraz częściej rezygnuję z wózka na rzecz chusty. Wózek budził we mnie frustracje. Moje dziecko mało w nim śpi, więc trzeba bardzo precyzyjnie wyjść na spacer z mocno już zmęczonym maluchem, by zechciał przespać się z pół godziny. Potem, obudzony, nie jest usatysfakcjonowany leżeniem, więc nie mam wyjścia – muszę nieść i pchać przed sobą wózek. Hmm.

Noszenie w chuście dodaje mojemu macierzyństwu dodatkowych endorfin. Jest to dla mnie odkrycie nowe i całkowicie uskrzydlające. Córkę nosiłam tylko sporadycznie, zniechęciły mnie upały i źle dobrana chusta. Z synem również byłam bliska poddania, ale jego domagająca się noszenia natura sprawiła, że tym razem próbowałam jednak do skutku. Moje wymagające dziecko przytula się i staje się spokojne, długo się rozgląda i czasem zasypia. Moje wolne ręce odruchowo głaszczą go po pleckach i mimo odczuwalnego ciężaru jest mi z nim po prostu dobrze. Z tej radości czuję jak wsiąkam w chustonoszenie i no cóż, zaczynają mi być znane chustowe zachcianki.

Poluzuj domowe obowiązki

Jasne, życie to nie reklama macierzyństwa, a taka radość z bycia z dzieckiem jest czymś okupiona. Nie jestem najlepszą panią domu w tych dniach. Sprzątam dość pobieżnie, w krótkich chwilach snu dziecka rozkładam góry piętrzącego się prania. Gotuję pospiesznie lub – po powrocie z pracy – gotuje mąż. Choć nigdy nie byłam pedantką, pozwolenie sobie na ten rozgardiasz wokół jest dla mnie kosztowne, chyba bardziej nawet wyczerpujące niż zmęczenie. Zabrzmi to może dziwnie, ale zrozumienie, że ceną intensywnego bycia z wymagającym niemowlęciem jest mniejszy lub większy nieporządek wokół pozwala na spokój, o który często trudno młodym matkom wymagających dzieci. To chyba wtedy najczęściej włączają się myśli: „śpij dziecko, miałeś spać, niemowlęta śpią, a ja nic przez ciebie zrobić nie mogę.” Miewam je również, wcale nierzadko. Prowadzą jedynie do frustracji, bo stawiają mnie przed wyborem: posprzątane mieszkanie czy krzyczący niemowlak. Więc hmm, częściej wybieram jednak spokój dziecka.

W zgiełku dnia

No cóż, nie jestem aniołem. W chwilach głębokiego zmęczenia, gdy dziecko krzyczy, choć jest noszone i ja już kompletnie nie wiem, co robić, zdarza mi się odczuwać irytację. Dzieje się tak najczęściej popołudniami, gdy w domu jest już starsza córka, a mąż jeszcze w pracy i ja wyeksploatowana po całym dniu noszenia-przytulania, otrzymuję naraz zbyt wiele bodźców. Tak, bo córka – Panna Intensywna – również znacząco zaznacza swoją obecność i chce mojej uwagi. W tym zgiełku natychmiastowych, najczęściej wykluczających się roszczeń, czuję się bezradna, zdarza mi się krzyknąć na córkę, potem tego żałuję i przepraszam. Ale coraz częściej udaje mi się opanować frustrację, posiłkując się uważnością właśnie – zostawiam moje krzyczące dzieci na chwilę i poświęcam się drobnej czynności, która przywołuje mnie do teraźniejszości. Zaczynam zmywać. Wychodzę na balkon. W tym czasie koncentruję się, by wyłapać bodźce inne niż hałas wokół. Dotyk i szum wody. Czyjś śmiech na dworze. Szum drzewa. Intensywność późno popołudniowego słońca. Trwa to krótką chwilę, ale pozwala mi wrócić do swojej roli.

Nieodkładalne dziecko nie jest łatwe w obsłudze, jest nadzwyczaj zachłanne w swojej potrzebie bliskości. W stopniu, który może nawet zaskoczyć doświadczonych rodziców. Mogę o tym myśleć jak o zamachu na moją autonomię, napędzana frustracjami związanymi z ogarnianiem wszystkiego innego wokół. A mogę dać sobie czas na tę wyjątkową bliskość, pójść za jego potrzebą. Daję więc i idę. Na wszystko inne przyjdzie jeszcze czas.

żródło zdjęcia [klik]

Posted Under
Bez kategorii
  • Przeczytałam w trakcie irytacji po milionowej próbie odłożenia dziecka. Dziękuję.

    Starszy też był nieodkładalny, a teraz zamienił się w intensywnego.

    • Proszę bardzo 🙂 Ja właśnie dlatego prawie przestałam odkładać 😉 Organizuje sobie przestrzeń tak by mieć bujaczek pod ręką, jak nie chce spać i jest pogodny, wędruje ze mną w ten sposób po mieszkaniu. Jak potrzebuje interakcji po prostu staram się mu ją zapewnić. Nie „wychowuje”, podążam za jego potrzebą, na wychowywanie przyjdzie czas 😉 A intensywność Córki, tak, też ją bralam początkowo za nieodkladalnosc, ale teraz widzę, że to trochę inny zespół cech. Kibicuje w macierzynstwie!

  • Ja ostatnio zauważyłam, że prowadzenie bloga wpędza mnie czasem w poczucie winy. Zdarza mi się pisać, kiedy Mała pełza po podłodze tuż obok, a że jest całkiem samodzielnym, zupełnie różnym od Twojego synka dzieckiem, nie domaga się uwagi tak dojmująco. A ja zamiast się z nią bawić, śmiać czy śpiewać wsiąkam, jestem gdzieś indziej. Od kilku dni jednak, odkąd to sobie uświadomiłam, coraz częściej odpuszczam internet i co prawda ważną cześć mojego aktualnego życia, na rzecz tego, co NAPRAWDĘ ważne.

  • Tak, to jest w ogóle bolączka blogowania i bycia mamą. Odkąd urodziłam synka i mam zdecydowanie mniej czasu, wiele rzeczy świadomie odpuszczam. Piszę rzadziej, bo częściej nie dam rady. Prowadzę tylko jeden kanał społecznościowy, umieszczając tam wpisy z rzadka, bo inaczej bym się zajechała. A i tak – choć większość dnia aktywnie spędzam z synkiem – mam wrażenie, że tego internetu jest w moim życiu za dużo. Chyba- za Twoją radą – muszę pobyć trochę offline.

  • Bibi

    Nie jest łatwo na takim etapie przywiązania:) Dużo wytrwałości i spokoju życzę. Nowy adres zarejestrowałam, będę zaglądać.

    • Tak, to prawda, bywa męcząco, ale staram się tym cieszyć, bo to mimo wszystko – trwa tak krótko. Ani się obejrzę, a już nie będzie chciał się tak do mamy przytulać 😉
      Dziękuję 🙂 Cieszę się, że Cię tu widzę.