Po stracie. Jak mówić i słuchać o poronieniu

W ubiegłym tygodniu minął kolejny Dzień Dziecka Utraconego. To jeden z tych dni w roku, o których najczęściej nie masz pojęcia, dopóki nie trafi na Ciebie. W Polsce blisko 40 tysięcy ciąż rocznie kończy się poronieniem. To ogromna, narastająca z roku na rok społeczność rodziców, których dzieci odwróciły się na pięcie.

Poza wszystkimi bolesnymi kwestiami, które wiążą się ze sprawą poronienia: poza skandaliczną opieką dla kobiet po poronieniu, poza przeżywaniem żałoby, w której niewielu potrafi rodzicom in spe towarzyszyć, poza problemami z diagnostyką, jest jeden wątek, który porusza mnie najbardziej. Niewidoczność. Sfera tabu. W kraju, w którym życie nienarodzone jest nieustannie na ustach polityków, życie przedwcześnie utracone jest wstydliwym sekretem. Gdy się wydarza, te pierwsze reakcje są najczęściej empatyczne i pełne taktu. Poronienie jest jak papierek lakmusowy, więc zdarzają się i takie, po których rezygnujesz z pewnych znajomości. Im więcej czasu od niego upływa, tym bywa gorzej. Od znaczącej ciszy do zmiany tematu. Jak się ma mniej szczęścia, zdarza się też od „Oj-daj-już-spokój”do „Po-co-rozpamiętywać”.

Po czasie w gabinetach lekarskich mówi się wprost. Same suche fakty. Mówię i ja. Ciąże trzy. Porody dwa. Druga ciąża zakończona poronieniem. Siedemnasty tydzień. Przyczyny nieznane.

Intymność tego doświadczenia jest wprawdzie do opisania, ale nie chciałabym się nią tu dzielić. Dość powiedzieć, że w szpitalu, w którym dwa razy pięknie rodziłam, w międzyczasie roniłam bez godności. Bez wątpienia to doświadczenie graniczne, redefiniujące aż po krańce człowieczeństwa. Fizyczny ból, oszołomienie, poczucie pustki, powracające nieustannie pytania „dlaczego” i wątpliwości, czy się nie zawiniło – to wszystko z czasem trochę się zaciera, ale nigdy do końca nie mija. Słowa rutynowo traktującego sprawę personelu zostają.  Życie toczy się z pozoru normalnie. Ale idzie się przez nie ze swoją smugą cienia w środku, która powraca od czasu do czasu. Zupełnie nieoczekiwanie. Np. na placu zabaw, gdy patrzę na małego chłopca i pytam jego mamy, ile ma lat. Dwa i pół. Uśmiecham się, choć w środku mam smutek. Lub gdy spotykam dawno niewidzianą koleżankę z małym dzieckiem przy boku. Mówi, że jest w ciąży. Liczę w pamięci i widzę, że będzie kilkanaście miesięcy różnicy. Uśmiecham się, gratuluję. To jej „kilkanaście miesięcy różnicy” rezonuje we mnie dłuższą chwilę, trwa we mnie, gdy się z nią żegnam i idę w swoją stronę. W tych sytuacjach nie ma niczyjej winy, nie ma żadnego nietaktu. Nie można ich przewidzieć, one się przydarzają, przywołując trudne wspomnienia.

W życiu mówi się półsłówkami. Kobiety po stracie wyczuwają się wzajemnie, jakaś intuicja prowadzi je ku sobie. Choć, zdarza się, mówią do siebie w różnych językach. Mój aniołek, mówią. Wirtualnie „zapalają świeczki”. Leżałam na sali z dziewczyną, która długo starała się o dziecko i właśnie straciła pierwszą ciążę. To nie było dziecko, to tylko komórki, mówiła. Żaden z tych języków nie  jest mój, ale szanuję je, rozumiem. Myślę, że mija czas, zanim znajdzie się własny. Ja myślę o potencji bytu, o moim dziecku w pół drogi. Miałby swoje dwa i pół roku, siostrę starszą o kilkanaście miesięcy. Dostał swoje imię. Nie myślę, co by było gdyby, nie pielęgnuję wyobrażeń. Jestem szczęściarą, mam dwoje przy sobie. Mimo gwaru w domu ta pusta przestrzeń po dziecku, które odwróciło się na pięcie, po prostu we mnie jest.  Z podziwem myślę o tych matkach wiecznie in spe, które miały mniej szczęścia niż ja…

O poronieniu rzadko kiedy mówi się wprost. Zanim tego doświadczyłam, usłyszałam podobną historię jeden jedyny raz. Kilka miesięcy przed moją stratą, koleżanka z pracy opowiedziała mi o swoim poronieniu. Zrobiła to znienacka, ani stopień naszej zażyłości, ani kontekst nie wskazywał, że podzieli się ze mną swoją historią. To była na swój sposób klasyczna opowieść – dwoje dzieci w domu, a tu nieoczekiwana ciąża, nieoczekiwane poronienie, poczucie winy, które z nią zostało, choć przecież nie była niczemu winna. Słuchając, nie wiedziałam jak zareagować. Zareagowałam tak jak podpowiedziało mi niezawodne w takich przypadkach poczucie przyzwoitości. Empatycznie. Wysłuchałam. Powiedziałam, że mi przykro. Choć zazwyczaj jestem taktowna i nie jestem wścibska, zadałam kilka pytań. Bo widziałam, że koleżanka chce o tym mówić. Kiedy po kilku miesiącach sama doświadczyłam straty, zrozumiałam sens tamtej rozmowy. Ona była jak tratwa. Takie rzeczy się wydarzają. Najczęściej znienacka. Gdy się o nich usłyszy, choć raz w życiu, łatwiej je przeżyć. Gdy ktoś dla Ciebie przełamuje tabu i opowiada o swoim traumatycznym doświadczeniu, nie powinieneś czuć się zmieszany, a wyróżniony.

Bo najczęściej się milczy. Ooo, druga ciąża! Jak fajnie – zagaduje sąsiadka. Myślę: trzecia, mówię: tak, fajnie. A drugie dziecko to synek? – zagaduje inna, zaglądając mi w chustę. Myślę: drugie w pamięci, to trzecie, mówię: tak synek. To MILCZENIE jest tak oczywiste jak powietrze. I choć nie da się opowiedzieć wszystkiego wszystkim, to jasne, to utracone dziecko istnieje w pamięci jego rodziców. Nawet gdy się o nim milczy.

Ono zmienia wszystko.

Mówią do mnie ostatnio, musisz mieć dużo cierpliwości, tak go nosisz i nosisz. Albo, nie nudzi ci się w domu, pytają. Nie nudzi mi się. Noszę i noszę. Nie, nie jestem wyjątkowo cierpliwa. Ja po prostu do szpiku kości CIESZĘ SIĘ, ŻE ON, ten mój tęczowy synek JEST.

Jest tyle rzeczy, o których nie chciałabym w tym temacie milczeć.

Jeśli doświadczyłaś poronienia, nie jesteś sama. Jesteśmy tuż obok, tylko niewidoczne. Mów, jakim chcesz językiem. Przeżywaj, tak jak chcesz. Nie bój się prosić o wsparcie.

Jeśli jesteś lekarzem, wiedz, że to, co jest Twoją codziennością, jest końcem marzeń o tym konkretnym dziecku. Używaj słów, które nie ranią.

Jeśli ktoś dzieli się z Tobą swoją historią, pełne uwagi wysłuchanie i proste słowa wystarczą. Współczuję. Przykro mi.

Są słowa, które mogą być prawdziwe, ale są niepotrzebne. Są okrutne. Będziesz miała jeszcze dzieci. To natura. Może było chore. Nie straciłaś dziecka, straciłaś ciążę. Zastanów się dobrze, czy chcesz je powiedzieć, one pozostawią po sobie ślad.

Jeśli ktoś, o kim wiesz, że doświadczył poronienia, wraca do tematu, nie sztywniej, nie krępuj się, nie zmieniaj tematu. To część życia Twojego rozmówcy. On nie rozpamiętuje, on pamięta.

Jeśli nie wiesz, jak wesprzeć, bądź taktowny i empatyczny. To wystarczy.

Tylko tyle i aż tyle.

Źródło zdjęcia [klik]:

Posted Under
Bez kategorii
  • Masz racje. Poronienie bardzo wiele w nas zmienia i mam wrażenie, że rodzić staje się po części inną osoba.
    Jakiś czas temu zdecydowałam się opisać moje emocje po poronieniu i wiele osób mowilo potem, że to było odważne. Co tylko potwierdza twoja teorię tabu .i

    • Dziękuję za Twój komentarz. Bardzo. Wydaje mi się, że poronienie zmienia nie tylko Ciebie jako rodzica, ono zmienia Ciebie jako człowieka, bo przestajesz wierzyć we własną niezniszczalność i w pewien sposób dotykasz śmierci. Ono też zmienia parę, gdy się je przeżyje wspólnie, wszystko jest inaczej. Potrafi też zmienić nasz stosunek do znajomych, pożegnałam się z niektórymi, przywitałam innych. W tym sensie myślę, że zmienia wszystko.
      Trudne, bolesne i pewnie dlatego stabuizowane. Ale jestem przekonana, że trzeba o nim mówić, mimo że to takie diabelnie trudne. Ja sama miałam ten wpis w schowku kilka dni, zanim się zdecydowałam go opublikować. Ale mówić trzeba, to takie ważne, bo przydarza się tak nieoczekiwanie i świadomość, że komuś znajomemu przytrafiło się przed nami bardzo może pomóc. I ważne, bo kobiety roniące są tak fatalnie traktowane w polskich szpitalach. Z niewiedzy, z nietaktu, z rutyny. A tak być nie powinno.

  • dekadanudy.wordpress.com

    Powiedziałam o poronieniu w pracy i szalenie żałowałam…Bywa różnie. Każdy musiałby sam przejść, żeby zrozumieć.

    • Oj bywa bywa. Nie da się niestety nie doświadczyć przykrych, raniacych reakcji. Jest też sporo kobiet, które wolą nie mówić. I ja to też w pełni rozumiem, o ile nie jest okupione cierpieniem w samotności. Bo jeśli to boli i jeśli się cierpi, warto może poszukać choć jednej osoby, która wyslucha z empatia. Lub poszukać wsparcia w sieci.

      Bardzo Ci współczuje. I straty, i trudnych reakcji.

  • Ten tekst traktuję dość personalnie, aż nadto wiem, co znaczy poronić (doświadczyłam tego czterokrotnie). Dopiero teraz wychodzę ze sfery prywatnej, osobistej do tej bardziej publicznej. Przełamuję tabu, zaczynam o tym mówić, pisać, bo uważam, że to ważny temat, który powinien być częściej podejmowany, choćby dlatego, żeby wesprzeć inne kobiety czy szerzyć większą świadomość.

    • Współczuję ogromnie. Jestem pełna empatii dla kobiet bardziej jeszcze doświadczonych niż ja, bo to każdorazowo przeżycie-nie-do-wyobrażenia. Potrzeba czasu, w pełni to rozumiem, ale dobrze, że mówisz, piszesz. Kibicuję i będę zaglądać. Dużo dobrych myśli przesyłam.

      • Dziękuję. Ważne, żeby inne kobiety wiedziały, że nie są same. Ja w którymś momencie myślałam, że ten problem dotyczy mnie, że jestem jakaś felerna. Dopiero od niedawna odkrywam jak jednak wiele z nas doświadczyło poronienia. Ale cóż się dziwić, żadna kobieta nie obwieszcza publicznie straty dziecka, tak jak to się robi, kiedy potomek przychodzi na świat.

  • Aleksandra

    W tegoroczny dzień dziecka utraconego trafiłam do szpitala… W niedzielę dowiedziałam się, że już NIC TAM NIE MA. Nie mogę powstrzymać łez czytając ten tekst…

    • Kochana, tak bardzo, bardzo mi przykro. Życzę Ci dużo spokoju oraz dobrego, mądrego wsparcia w trudnych chwilach. Gdybyś Ty lub którakolwiek z osób po poronieniu potrzebowała, to jest takie forum na gazeta.pl. Nazywa się Promyczek. Pomaga w trudnych chwilach. Koi. Trzeba tam zapukać. W razie potrzeby służę linkiem na priv.

      • Aleksandra

        Dziękuję – za ten tekst i w ogóle… Ja jeszcze nie umiem o tym pisac, ale myślę, że kiedyś to zrobię, bo warto… Bo inne kobiety tego potrzebują… Udostępniam u siebie.

        • Miło mi, że tekst choć trochę pomaga. Choć jednocześnie smutno, że aż tylu osób dotyczy.

  • Marta

    Bardzo Ci dziękuję za ten wpis. Poroniłam ponad miesiąc temu, wymarzoną drugą ciążę, i teraz trwam w takim trudnym czasie-nieczasie. Pierwsze tygodnie po powrocie ze szpitala były paradoksalnie łatwe, rozmawialiśmy z przyjaciółmi, czułam wsparcie i mogłam wyrzucić z siebie uczucia, ale teraz minęło już trochę czasu i mam poczucie, ze na moje przeżywanie brakuje miejsca. Jest oczekiwanie, żeby już mi przeszło. Zeby było dobrze, żebym przestała się smucić. Codzienne życie gna do przodu, synek – żłobkowicz, praca itd nie dają dużo swobodnego czasu, ale czuję, w sobie, tę smugę cienia, boję się tego i wolałabym jej nie mieć, chciałabym zapomniec na zawsze i wiem, że się nie da… Co najgorsze, bardzo boję się kolejnej ciąży. Panicznie wręcz. A bardzo chcę mieć jeszcze dziecko. Nie wiem, jak to wszystko w sobie pomieścić, ile czasu potrzeba, zeby się z tym ułozyć i dojśc do jakiegoś wewnętrznego spokoju, czy da się uwolnić od lęku. Słusznie napisałas, że ten lęk po zetknięciu ze śmiercią jest dotkliwy, boję się nazywac poronienie w pełni śmiercią dziecka, bo panicznie boję się o synka, który z nami jest – że coś mogłoby mu się stać… to jakieś magiczne myślenie, nie bardzo to rozumiem, ale czuję takie lęki. No i racja – jak o tym mówić? Wielu przyjaciół wie o poronieniu, ale wielu nie wie. Smuga cienia to ttakże smuga tajemnicy, wyboru, zarządzania wiedzą – komu powiedzieć, a komu lepiej nie… Tak bardzo chciałabym, zeby to się wszystko nie wydarzyło, tak mi szkoda -że nie będzie nigdy Tereski na świecie, szkoda mi tej radości, którą czuliśmy latem, tych planów i marzeń, tej różnicy wieku przewidywanej… Samej siebie beztroskiej mi szkoda. Tak bardzo bym chciała, żeby było inaczej. I tak trudno mi zyć w tym, co jest, choc pozornie pozbierałam się bardzo szybko. Ale z drugiej strony tak bardzo nie chciałam popaśc w celebrację żałoby, i nie chcę, żeby to poronienie mnie definiowało – bo choć okropne, to tylko jedno z przeżyć, jakiego doświadczyłam. I nie chcę, by pozostało przeżyciem kluczowym. Nie umiem sobie tego poukładać. Wierzę, że trzeba czasu, ale jest ciężko.

    • Droga Marto, bardzo Ci współczuje, bardzo mi przykro, że Cię to spotkało. Przytulam wirtualnie calym serduchem. Jest tyle rzeczy, które chciałabym Ci teraz przekazać, Tobie i innym dziewczynom, które niedawno doświadczyły straty… Przede wszystkim ten chaos, natlok myśli i emocji, który w sobie masz, jest normalny. Masz do tego prawo. Masz prawo przeżywać smutek dłużej niż oczekują od Ciebie inni. I to że probujesz od niego uciec też jest normalne. Ale wiesz, dobrze przeżyta żałoba jest ważna, nieważne czy jesteś wierząca czy nie. Ona pozwala iść dalej. Ten rwący ból, ta dezorientacja z czasem minie, choć żal po utraconym dziecku, ta pusta przestrzeń zostaje. Przeżycie żałoby i upływ czasu sprawiają, że z czasem pojawia się przestrzeń na następne dziecko, przestrzeń unikalną, nie przestrzeń „zamiast”. I choć myśl o następnej ciąży, a potem następna ciąża jest trudna, lęk jej towarzyszy, ale z czasem jest się w stanie go przezwyciężyć.

      Ja pisalam ten tekst ponad 3 lata po poronieniu. Do tego czasu tak samo zarządzałam informacją jak Ty. Wybieralam znajomych, otwieralam się i mówiłam. Było mi ciężko, ale każda ta opowieść pozwalała mi nadać kształt tej historii i miało to dla mnie sens. Terapeutyczny. Po stracie świat się zmienia, beztroska nie wraca, ale poronienie nie będzie Cię określało do końca. Podzielilam się tą historią w ten sposób, tu na blogu, bo mijamy się, jesteśmy niewidoczne, milczymy, nosząc w sobie ratunek dla innych kobiet po poronieniu. Empatię. Wiedzę o tym jak boli, jak z czasem mija i jak cząstka bólu zostaje.

      I na koniec już zlinkowana tu książka O dziecku, które odwróciło się na piecie pozwoliła mi zrozumieć, że ten chaos i bezsilność, którą w sobie miałam to typowa część tej historii. I że nie jestem wyjątkiem z tym skrywanym cierpieniem, z tym pozornym pozbieraniem. To jest właśnie wieloetapowa żałoba, na którą warto jest dać sobie przyzwolenie i czas.

  • Pingback: Po czyjej stronie jest życie – pani poczytalna()