Lekcja cierpliwości

Moja trzyipółletnia córka nie jest małą wersją mnie. Wiem, to niemal od dnia jej urodzin. Kierowałam się tym przekonaniem do niedawna, aż tu okazało się, że pod pewnymi względami musiałam zmienić zdanie.

Jednak gdy w ciąży, poznałam płeć mojego dziecka, łatwo uległam złudzeniu, że urodzę córkę podobną do mnie, że będziemy miały te same zainteresowania i potrzeby. Myślę, że to częsty błąd rodziców in spe. Nic bardziej mylnego. Moje dziecko zostało wyposażone we własny temperament i odmienną od mojej energię, a od dnia jej urodzenia odczuwam to niemal nieustannie. Moje dziecko to wulkan energii, tryska nią na lewo i prawo, jest głośne, temperamentne, porywcze. Wypełnia całą sobą przestrzeń, w której się znajduje od rana do wieczora. Przyznam, różnie na to reaguję, czasem jestem zmęczona jej hiperaktywnością, czasem jestem tym zafascynowana, czasem zaniepokojona tym, co może mnie czekać w przyszłości.

Dotąd często zdarzało mi się szukać przyczyn spięć między nami w różnicach charakteru.Jej porywczość, jej histeryczne usposobienie, reakcje poprzedzająca chwilę refleksji wydawała mi się główną przyczyną naszych codziennych, najczęściej drobnych konfliktów. Myliłam się jednak i w tym punkcie. Zmiana przyszła niejako naturalnie. Grudzień, który spędziłyśmy ze sobą ze względu na jej przedłużającą się chorobę, dał mi sporo do myślenia.

Kluczem do poprawienia naszych stosunków okazała się moja cierpliwość i pewna rutynowa powolność, którą zaczęłam uskuteczniać na przekór jej porywczego charakteru. Fakt, znalazłam na to czas, deficytowy towar współczesnych matek. Zaczęłam dużo spokojniej podchodzić do jej problemów i rozterek, właśnie dlatego, że miałam też na to dużo czasu. Ustawiałam ją i jej sprawy w centrum naszego świata, przede wszystkim starając się ją rozumieć. Do minimum wyeliminowałam tym samym komunikaty, że spieszę się, że nie mam czasu, że powinna się uspokoić.   Owszem wciąż ją trochę czasem dyscyplinuję, ale robię to bardziej partnersko i przestałam zaczynać w ten sposób rozmowę. Ustalam z nią pewne sprawy, a potem najczęściej skutecznie egzekwuję ich wykonanie. Bez krzyku i bez pospiechu. Koncentracja na jej problemach i spokój, których wcześniej mi brakowało, wbrew pozorom, nie przyczyniła się do rozwoju dziecięcego egocentryzmu, a do… większej empatii. Emocje chętnie nazywałyśmy już wcześniej. Dziecko nagle zaczęło rozumieć  – i po krótkim wybuchu, do których wciąż dochodzi –  nazywać swoje reakcje, zaczęło też mieć większą tolerancję do moich nastrojów. Innymi słowy, w zamian za cierpliwość otrzymałam przyzwolenie, że mogę się czasem zdenerwować i zniechęcić, poprosić, by wyszła na chwilę i dała mi odetchnąć. Daje. Za chwilę wracamy do naszego intensywnego kontaktu, przepraszam, gdy uważam, że moja reakcja była zbyt gwałtowna. Dogadujemy się. Ona umie już przepraszać również, coraz precyzyjniej wyraża swoje emocje.

Paradoksalnie, kiedy przestałam koncentrować się na różnicach, doceniłam jej porywczą emocjonalność. Stała się dla mnie jeszcze  bliższa, gdy zmieniając ton, zaczęłam wspólnie z nią budować wspólną przestrzeń. Po raz kolejny zrozumiałam prostą prawdę, dzieci potrzebują czasu, morza miłości i cierpliwości oraz zaufania do swoich niedoskonałych rodziców.

Oto źródło absolutnie magnetycznego zdjęcia ilustrującego ten wpis (klik).

Posted Under
Bez kategorii
  • Jakbym czytała o mojej Mai… wprawdzie ma dopiero 5 miesięcy, ale też się boję, co to będzie, bo to jest chyba najbardziej chimeryczne dziecię na świecie! Zmienne nastroje i skłonność do histerii z byle powodu spędzają nam sen z powiek, ale też uczy mnie to cierpliwości, której nigdy nie miałam 😉

  • kov

    Ja najpierw odkryłam, że jest diametralnie różna ode mnie, a potem odkryłam, że etykietowanie jej w ten sposób nie prowadzi do dialogu, nie ułatwia mi sprawy. Staram się najpierw myśleć o jej emocjach, potem o swoich, choć wiadomo, nie zawsze wychodzi. Jesteśmy tylko ludźmi 😉 Macierzyństwo to fascynująca, pełna pułapek i niespodzianych odkryć przygoda – to chyba w tym najfajniejsze.