Upraszczam się

Upraszczanie to proces, który świadomie trwa we mnie od jakiegoś czasu. Spowodowany jest dręczącym, uporczywie powracającym poczuciem, że przekombinowałam w życiu, że poświęciłam za dużo uwagi sprawom mniej jej wartym. Goniłam za pasją i poczuciem prestiżu, które doprowadziły mnie na manowce i po krótkiej chwili satysfakcji, przyniosły rezygnację i niedowartościowanie. Ruch w stronę przeciwną – ku minimalizmowi, oszczędności, rezygnacji, dyscyplinie myślowej wiąże się z nieznanym mi dotąd oczyszczeniem. Minimalizowaniem, jednym słowem. Wyrywa ze stagnacji, skłania do działania, daje pozytywnego kopa.

Nie, nie byłam zakupoholiczką, nie mam w szafie tony ubrań. Mam za to na regale tonę książek związanych z niszową dość dziedziną, a w szufladzie napisany i obroniony z wyróżnieniem doktorat. Nie, nie pracuję na uczelni, tak, prowadziłam z satysfakcją nieopłacane zajęcia ze studentami, tak, jeździłam na konferencje naukowe, tak, realizowałam grant promotorski. I jednocześnie od pierwszego roku studiów pracowałam zawodowo. Przez lata tkwiłam w kłopotliwym szpagacie pomiędzy uczelnią a pracą zawodową, łącząc światy, które się nie łączą. W pewnym momencie doszła do tego jeszcze rodzina: chłopak, który stał się moim mężem, mikro mieszkanko z kredytem we frankach, a chwilę później pojawiło się na świecie małe dziecko. Czy można wykonywać szpagat portójny? Czy nie jest do tego potrzebna trzecia noga? Wyćwiczyłam do perfekcji elastyczność, dopasowywałam się do wymagań pracodawców nierzadko rezygnując z własnych potrzeb, i do oczekiwań bardzo lubianego przeze mnie, ale oderwanego od zawodowej rzeczywistości promotora. Po godzinach biegałam po uniwersyteckich korytarzach, by rozliczać grant, co przypominało jakąś biurokratyczną grę miejską bez mapy. Czasem z wózkiem. Otrzymałam w nagrodę wspomniane wyróżnienie, uścisk ręki, decyzję o rozliczeniu grantu, kilka publikacji. W pracy – oprócz braw i kwiatów, co i tak było miłym gestem – nie czekało mnie wiele więcej. W domu – mąż i dziecko, dwoje najbliższych mi ludzi najbardziej odczuwających konsekwencje kłopotliwego szpagatu.

Czy było warto? Na dzień dzisiejszy nie. Może powinnam być bardziej zdeterminowana, tak jak zdeterminowana była autorka reportażu w ubiegłotygodniowej GW, która barwnie opisała swoje przygody. Podziwiam ją, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że mogłyśmy się mijać na tych samych uniwersyteckich korytarzach. I u mnie pojawiały się owszem pewne perspektywy, ale z czasem zamykały się i gasły w oczach. W zasadzie z pokorą przestałam o nie zabiegać, rozumiejąc dokładnie, to co wcześniej ignorowałam – że uniwersytet to może nie do końca miejsce dla mnie. Czy żałuję podjętych przed kilkoma laty decyzji? Nie do końca. Realizowałam w ten sposób swoje marzenie z wczesnej młodości, wybrałam się w daleką, fascynującą podróż. Ale marzenia, cele i plany w życiu się zmieniają. I to właśnie ten moment, w którym jestem teraz.

Cóżesz ja takiego robię? Po pierwsze, przygotowuję przestrzeń małego mieszkanka na nadejście kolejnego członka rodziny, który intensywnie kopie mnie od jakiegoś czasu w brzuchu. Uprawiam zatem minimalizm stosowany, oj długa jeszcze droga w tym zakresie przede mną. To jest chwila, gdy przestrzeń jest ważniejsza niż książki na półkach, choć to rozstanie w moim przypadku trochę jednak boli. Po drugie: rozpoczynam selekcjonowanie docierających do mnie informacji. Nie muszę wiedzieć wszystkiego, także o znajomych na fejsbuku. Znikanie z tej przestrzeni, świadomie coraz rzadszy udział w tym strumieniu zbędnych wiadomości daje jednak poczucie wolności. Pozwala mi również odwrócić się na pięcie, gdy rozpoczyna się festiwal „błyskotliwych” komentarzy, złudny „akademicki” szach mat, w którym niektórzy wciąż jeszcze lubią brylować. Pozwala uniknąć męczących i angażujących sporów światopoglądowych z ludźmi, z którymi wcale nie chciałabym ich toczyć, a nie mogę zmilczeć, gdy piszą bzdury w przestrzeni, którą widzę. Ostrożniejsze używanie internetu ma także poza fejsbukowe plusy, przede wszystkim odzyskuje się czas, który w sieci umyka przez palce. Po trzecie wreszcie, ja – dotychczasowa mistrzyni życiowego multitaskingu łącząca kilka etatów i kończąca pisać doktorat z małym dzieckiem na ręku, nie robię żadnych skomplikowanych postanowień na Nowy Rok. Upraszczam się. Doceniam proste rozwiązania. I małe przyjemności.

Czy brzmi to znajomo? W poczuciu przesytu, rezygnacji z nadmiaru nie jestem odosobniona. Bardzo jest mi po drodze z szeroko rozumianym minimalizmem i czytając ostatnie wpisy wielu blogerek nie tylko z tego nurtu, czuję się jakbym czytała o sobie. Zaprzyjaźniłabym się z Kasią, autorką bloga droga do minimalizmu, jej opowieść o porzuconym doktoracie  brzmi naprawdę znajomo. Ale blogi to nie wszystko. Mam sporo do przemyślenia i sporo do zminimalizowania.

Posted Under
Bez kategorii
  • Pani Poczytalna, aż mi się miło zrobiło na serduchu, kiedy przeczytałam ten wpis 🙂 Dziękuję! A z tym doktoratem to mimo wszystko była dobra dla mnie decyzja. Kiedy złożyłam papier z rezygnacją poczułam taką ulgę, że już nigdy nie żałowałam tego kroku. Nawet nie jest mi żal tych trzech lat, bo poznałam wielu fascynujących ludzi, napisałam parę artykułów, wygłosiłam parę odczytów i prowadzenie zajęć mnie rozwinęło. Trzymam kciuki za upraszczanie życia, to wiele pomaga. Będę zaglądać 🙂

  • kov

    Dziękuję za kciuki i dobre słowa 🙂 Ja się namęczyłam, napisałam, obroniłam, bo miałam też grant, który do finalizacji zobowiązywał. Myślę, że bez niego mogłabym podjąć podobną do Twojej decyzję, bardzo dobrze ją rozumiem. Teraz z satysfakcją odkrywam inne przestrzenie.

  • Super! Gratulacje! Masz szczęście, że masz to już za sobą 😉 Na pewno wiele trosk z głowy. P.S. Piękny szablon 🙂

  • Pingback: Alicja i work-life balance? Co zobaczyłam po drugiej stronie lustra – PANI POCZYTALNA()