„Szczęście mi dokucza”

Mamo, szczęście mi dokucza – mówi ni stąd ni zowąd Córka.

Śmieję się i choć uwielbiam jej dziecięcą kreatywność w używaniu polszczyzny, automatycznie zaczynam prostować. Szczęście nie może dokuczać. Naprawdę nie może? Myślę o tym przez chwilę i gryzę się w język.

Bo przecież może.

Trudno zliczyć chwile, w których towarzyszyło mi poczucie szczęścia tak głębokiego, że aż niewyobrażalnego. Paradoksalnie najczęściej powodowały je drobnostki, częstokroć nienazwane, przeszywające do szpiku kości jedynie przez ułamek sekundy. Ten przejściowy zachwyt nad światem tu i teraz jest w moim odczuciu głęboko związany ze zmysłami i kompletnie pozarozumowy. Zachwyt nad regularnym kluczem ptaków, które podrywają się nad Twoją głową, gdy idziesz do pracy. Boski smak malin prosto z krzaka rwanych wspólnie z własną córką. Mgły nad doliną tuż po zmroku, które widzisz z okna i masz wrażenie, że dom stoi w mleku. Rosa pod stopami w ciepły poranek. Smak ulubionego, dawno nie jedzonego dania po długiej drodze do domu. Moment, w którym uświadamiasz sobie, że kochasz z wzajemnością. Własne śpiące jak anioł dziecko, które przykrywasz kołdrą. Pełna zaufania mała rączka w Twojej dłoni, gdy wspólnie idziecie na spacer.

Te obrazy mogłabym mnożyć w nieskończoność. To momenty, w którym oddychasz pełną piersią i przez chwilę nie potrzebujesz niczego więcej, zapominasz o przeciążeniu i niedogodnościach, a najzwyczajniej w świecie cieszysz się życiem. Pozornie brzmi to jak banał. Dorośli nazywają ten stan uważnością i najczęściej cierpią z powodu jego deficytów. Uważność (mindfulness) w szerszym tego słowa znaczeniu jest przedmiotem badań naukowych, poradników i wykładów o lepszym życiu, jest też praktyką medytacyjną, która pozwala uwolnić się od stresu i niepewności. Można jej się uczyć na kursach i niewykluczone, że zmierzamy do punktu, w którym wszyscy będziemy się jej musieli uczyć w taki sposób.

Niezależnie od tego, że jestem dziewczyną z miasta, która na kulturze, a zwłaszcza na książkach zjadła zęby, większość tych obrazów wiąże się z kontemplacją krajobrazu, z niemal nieuchwytnymi, zmysłowymi odczuciami lub dobrymi emocjami. Uwznioślenia przy sztuce, gęsia skórka przy pięknej muzyce zdarzają się również, choć są już do pewnego stopnia wtórne a granica między wrażliwością na sztukę a egzaltacją – nieostra. I choć nie namawiam do egzaltacji, przyjemnie jest czasem, nie bacząc na nic, zapomnieć się w zachwycie.

Może się też zdarzyć, że poczuje się inny rodzaj „dokuczliwego szczęścia”, gdy dotrze do Ciebie dobra wiadomość. Mam na myśli dobre wiadomości, które dopadają znienacka z mediów, coraz rzadziej, ale jednak wciąż. Widzisz uratowane zwierzę, poświęcenie ratujących ludzi z narażeniem własnego życia, ludzką solidarność, dobrą wolę, współpracę… i czujesz to pod skórą, pod powiekami. Tak, to się z kolei nazywa wrażliwość i tak się porobiło, że trochę wstyd się do niej przyznać. Czasem z najefektowniejszych spośród tych obrazów korzysta później kino, choć w życiu bywa zwykle piękniej, bo bohaterowie z bruzdami są fajniejsi od filmowych amantów. Poza filmową salą beznamiętnie i bezrefleksyjnie oduczamy się wrażliwości, przyzwyczajeni do złych wiadomości i nieustannych sporów w przestrzeni publicznej, pozwalamy, by z biegiem lat twardniała nam skóra… Nawiasem – trochę szkoda, bo lekcje ze społeczeństwa obywatelskiego, współdziałania i kultury osobistej to by było jednak coś. Czyli z etyki. Mimo zapewnień ministerstwa nie odbywają się jednak w każdej szkole i niestety trudno spekulować, czy szybko się to zmieni…

Wróćmy jednak do „dokuczliwego szczęścia” w najczystszej postaci, czyli do uważności. Jak można ją w sobie pielęgnować, czy można nauczyć jej dziecko? Poza codziennym praktykowaniem uważnej obecności (tu wskazane jest trudno osiągalne morze stoickiego spokoju, pogoda ducha i brak pośpiechu – jak ciężko zbliżyć się do ideału, wiedzą wszyscy, którzy próbowali), chciałabym rzec, że przez kontakt ze sztuką. Ale cóż, szczerze powiedziawszy, trudno znaleźć pozycje, które w niebanalny sposób zajmują się uważnością. Myślę o tym i przypominam sobie książkę na półce mojej córki,  która – choć nie pada w niej to słowo – cała poświęcona jest uważności. To _MG_1006Pomelo i kolory autorstwa Ramony Badescu, zilustrowana przez Benjamina Chauda, nasza jedyna dotąd książka z serii o małym, różowym słoniu. Ta obrazkowa książeczka rozpoczyna się od słów „Kiedy wszystko zaczyna wydawać się czarno-białe, Pomelo rozgląda się i nagle odkrywa…”, które właściwie mogłyby wstępem do lekcji o uważności. Otóż to! Jest nam ona najpotrzebniejsza właśnie wtedy, gdy świat wydaje się przerażająco czarno-biały. Cóżesz takiego odkrywa Pomelo? Feerię barw, które go otaczają: błyskotliwe, bardzo obrazowe, niekiedy zaskakujące, niekiedy prowokujące metafory spotykają się tu z nawiązującymi do nich pięknie ilustracjami. Odsyłają one przy tym do obserwacji, które poczynić może samodzielnie małe dziecko. Przykłady? Poproszę: „Bezkresna biel zimy”.. „Oślepiająca żółtość południa”… „Niepokojący pomarańcz jesieni”… „Niezgłębiony fiolet bakłażana”… „Sprężysta zieleń mchu”. To tylko wybrane z barw, to zdecydowanie nie wszystko, bo Pomelo skłania również do ćwiczeń z wyobraźni, rozciągając definicyjne granice kolorów – wkraczamy z nim w obszar z pogranicza poezji i synestezji. To nie jest pozycja dla bardzo małego dziecka, bo nie nadaje się do nauki kolorów. W naszej codziennej literackiej praktyce mały, różowy słoń wkradł nam się w język, zaprosił do zabawy, dostarczył nam kilka pomysłów na ćwiczenia z uważności. Zwłaszcza wtedy, gdy świat się wydaje się czarno-biały.

To w zasadzie wstęp do moich lektur w tym temacie, poszukiwania trwają i trwać będą. Tymczasem nie powstrzymałam jednak Jagny, niech mówi, że szczęście jej dokucza. Niech jej w sumie dokucza jak najczęściej.

fot. archiwum własne oraz cardamine-pratensis

Posted Under
Bez kategorii