Kukułczy Ojciec

Kukułczy Ojciec

Czas Świąt już dawno nie był tak bardzo przeze mnie wyczekiwany jak w tym roku. Ogrom pracy i całoroczne zmęczenie w końcu dały o sobie znać i ze zdwojoną siłą dopadły mnie i przytłoczyły. W głowie cały czas miałem jedną myśl, tę jedną zaczepną myśl, której człowiek w skrajnych przypadkach trzyma się aby dać radę. Coś ciepłego, bliskiego. Ponoć ludzie w ekstremalnych warunkach zagrożenia życia wykrzesują z siebie ostatnie, wręcz nieludzkie pokłady siły i udaje im się przetrwać najgorsze. Moją zaczepną myślą były tegoroczne Święta, spędzone w rodzinnym domu, w pełnym składzie. I z tą myślą, zmęczony fizycznie i psychicznie dotrwałem do Świąt.

W tym roku, w związku z tym, że Syn jest na etapie przejściowym pomiędzy nosidełkiem, a fotelikiem, zdecydowaliśmy że nie pojedziemy na Święta na Podlasie tylko do moich rodziców. Nie spędzaliśmy wspólnie Bożego Narodzenia od przeszło 4 lat. W tym roku wszystko ułożyło się idealnie, do rodziców zjechaliśmy się wszyscy (mam jeszcze dwójkę rodzeństwa, jestem „przecinkiem” czyli tym drugim). Można powiedzieć, że przez dom rodziców przeszło niemałe tornado – 3 dzieci i piątka wnuków, w tym jedna szalona trzylatka (którą tak w nawiasie uwielbiam i kocham jak własne). 3 dni świątecznego szaleństwa w najlepszym znaczeniu tego słowa. Upiekłem chleb (średni wyszedł, bo jak się człowiek spieszy to chleb nie wychodzi), sernik śmietankowy (zajebisty, oczywiście) plus czekoladowy tort, który zniknął w rekordowym tempie. Zabrałem też kilka butelek własnego single hop mosaic apa. Ale nie o tym chciałem napisać. Napisać chciałem, że pomimo tego, że Córka znów się pochorowała, Syn dostał gorączki od wyżynających się ząbków, a Marta.. Marta jak zwykle wyglądała świetnie.. to odpocząłem psychicznie, ogarnął mnie spokój. Zwłaszcza gdy z bratem, w temperaturze ok 10 st na plus,  piliśmy piwo na tarasie, a ja gapiłem się w niebo na wysoko przelatujące samoloty. Odpocząłem psychicznie, złapałem kilka głębszych oddechów tylko po to aby przygotować się na kolejny wyjazd służbowy, już w niedzielę, czyli jutro.

Zostawiłem Martę i chore dzieciaki, a sam wróciłem do Poznania. Spakowałem się i ruszam dalej, na 3 dniowy wyjazd. Nie narzekam, biorę to na klatę. Dam z siebie wszystko aby wszystko poszło jak najlepiej. Tylko dziś rano naszła mnie taka zimna myśl, że od wielu miesięcy na łamach tego bloga kreuję się na ogarniającego wszystko ojca, którym chyba tak do końca nie jestem. Ok, ogarniam wszystko jak się da, z każdego problemu znajdę wyjście, ale co z tego skoro i tak największy trud na klatę przyjmuje Marta. Podczas choroby dzieci gdy nie ma mnie całymi dniami w domu to Marta, Niania i Teściówka (która przyjeżdża z drugiego krańca kraju) wspólnymi siłami dają radę. Ja, weekendowy ostatnio, ojciec staram się jak mogę, ale wszystkiego nie dam rady ogarnąć. Wpadłem w zły nawyk, w którym podrzucam Martę z dziećmi do jednych lub drugich rodziców aby ją odciążyć ze wszystkich obowiązków… I siebie samego też.

Jestem jak kukułka.

Jestem Kukułczy Ojciec.

Posted Under
Bez kategorii