Minimalista w podróży

Część mojego życia zawodowego wiązała się z turystyką. Jako pilot wycieczek towarzyszyłam rodakom w zwiedzaniu Europy. Widziałam wiele miejsc, które są obiektem marzeń i westchnień. Większość wycieczek zaplanowana jest tak, by w jak najkrótszym czasie zaliczyć jak najwięcej atrakcji. Przed południem Wenecja, po południu Padwa. Rzym z Watykanem w jeden dzień. Trzy stolice w weekend. […] Do zapoznania się z miejscowym kolorytem wystarczał wieczór tematyczny z tańcami i degustacją. Najważniejsze były standard obiektów hotelowych, obfitość posiłków oraz bogaty, napięty program. […] Przez te parę lat niezliczoną ilość razy byłam we Florencji, Neapolu i Wenecji. Choć „byłam” to stanowczo za dużo powiedziane. Przemykałam przez nie, wiodąc za sobą stadka zdyszanych turystów. Czułam się czasem bardziej jak poganiacz wielbłądów niż pilot wycieczki. „Proszę szybciej, musimy zdążyć przed zamknięciem katedry!” Cztery godziny na zwiedzanie miasta, którego historia liczy setki lat, to przecież kpina.

Dopiero, gdy zaczęłam podróżować prywatnie, odbiłam sobie to pseudozwiedzanie. Wreszcie mogłam spędzić w danym miejscu tyle czasu, ile chciałam. Po tygodniowym pobycie we Florencji  w końcu przestałam mieć wrażenie, że widziałam tylko fasady budynków. Zobaczyliśmy jak miasto budzi się i zasypia.[…] Podróż jest dla mnie wyjściem poza gotowe pakiety. Kiedy podróżuję, pozwalam, by odwiedzane przeze mnie miejsca, zostawiły we mnie swój  ślad. Nie chcę prześlizgiwać się po powierzchni opisanego w przewodniku stereotypu. Chcę poznać miejsca i ludzi. Nawiązać kontakt, a nie tylko patrzeć i pstrykać zdjęcia. Wolę odwiedzić mniej miejsc, ale przywieźć z nich prawdziwe wrażenia.

To znowu Ajka Minimalistka, czyli Anna Mularczyk-Mejer z książki Minimalizm po polsku, o której pisałam ostatnio. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zacytować, bo ten fragment nie może mi wyjść z głowy. Choć rozróżnienie pomiędzy byciem turystą a byciem w podróży jest dobrze znane i powstało na ten temat szereg rozpraw, plastyczność tego opisu zostaje w pamięci i skłania do rachunku sumienia. Ile w naszych podróżach jest sensu, a ile źle rozumianego snobizmu? Co daje namiętne fotografowanie turystycznych „atrakcji” i gromadzenie zdjęć, którymi później zamęcza się niezbyt zainteresowanych znajomych? Czy ta granica między byciem turystą a byciem w świadomej podróży naprawdę jest tak wyraźna czy może przebiega jednak jakoś inaczej?

Tak, jasne, mam i takie „turystyczne” wspomnienia. Pamiętam w zasadzie wyłącznie tłum w Pradze, pośpiech i zmęczenie w Genui, jeden jedyny plac w Mediolanie i mam mgliste wspomnienia z Barcelony. Byłam, owszem, ale jakby mnie nie było. Zepsułam sobie te miasta, a później jakoś nie było okazji… Te pierwsze turystyczne punkty na mapie zaliczyłam przed dwudziestką, później było już lepiej pod względem bardziej świadomego kolekcjonowana wrażeń, choć niestety podróżowałam mniej niż bym chciała. Ale moja najdłuższa, najwspanialsza podróż, która zajęła mi kawał życia, zaczęła się właśnie od takiego turystycznego spędu.

Wilno, słoneczny sierpień, rok 2004. Czy były już znaki, że raz zaczęta podróż nie skończy się tak szybko? Jasne, były. Nie chodzi tu nawet o lektury polskich romantyków, tak, czytałam, ale większe wrażenie zrobił na mnie czytany w przededniu podróży Tomas Venclova. Nie miałam też w głowie tęsknot za „polskimi kresami”, miałam zaś za sobą podróże na Ukrainę i Białoruś, które tego roku fragmentarycznie mogłam zobaczyć. Jechałam z północno-wschodniego pogranicza (opowieści mojego Dziadka, białostoczanina, który pamięta międzywojenny Białystok, uwrażliwiały mnie na wielokulturowość regionu) i z sejneńskiego Pogranicza, dla którego Wilno, choćby z racji geograficznej bliskości jest miastem szczególnym. Nie da się ukryć, byłam dobrze przygotowana, choć nie gromadziłam tej wiedzy w pocie czoła, ona po prostu płynęła do mnie z różnych źródeł i była wynikiem moich fascynacji.

Wycieczka była jednodniowa i przeciętna. Zaczęliśmy od Trok, spieszyliśmy się przez Wilno, zaliczając kolejne kościoły i polskie miejsca pamięci. Nie chciało mi się słuchać przewodnika, nie miał za wiele do powiedzenia oprócz przaśnych żartów z (nieznacznego) podobieństwa języka i z samych Litwinów. Rozejrzałam się wokół. To był zachwyt, estetyczny zachwyt nad nowo poznanym miastem, nad piękną solarną grą w cieniu w sierpniowym słońcu, nad unikalną, nieregularną zabudową i architekturą, w której krzyżują się różne prądy i epoki. Chciałam tam zamieszkać i mieszkałam tam już rok później. Wyjechałam na stypendium i przeżyłam niemal wszystko, co młoda dziewczyna może w takich okolicznościach przeżyć. Mimochodem chłonęłam język, lektury, atmosferę i historię miasta, gromadziłam pokaźną bibliotekę. Jeździłam później wielokrotnie na stypendia i kwerendy, nie mogąc się uwolnić od pierwszego zachwytu i od własnych wspomnień, zawoziłam tam bliskich i znajomych, towarzyszyłam studentom, dokładając wszelkich starań, by wbrew programowi wycieczki, zapamiętali z miasta coś więcej niż romantyczne Wilno. Z tych wypraw, a raczej z materiałów i doświadczeń, które zgromadziłam, mogłabym napisać i napisałam poświęcony miastu doktorat.

Jestem przekonana, że nie byłabym w stanie przeżywać tego wielokrotnie w różnych miastach, zbyt  kosztowny i czasochłonny był to proces. Wilno na mojej mapie pozostanie wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju miastem, tamta miłość od pierwszego wejrzenia była tak intensywna, że połączyła nas na lata. I chociaż zgadzam się z Ajką uważność w podróży jest dobrą praktyką obecności, to myślę, że może nam się przytrafić wszędzie, ale wymaga od nas pewnego wysiłku. Najczęściej – to fakt – przydarza się poza głównym szlakiem, poza tłumem, poza przymusem robienia zdjęć i poza pośpiechem. Czy to wystarczy, by uwolnić się od stereotypów? Niestety nie zawsze – równie dobrze jednostkowo doświadczana podróż może aż roić się od stereotypów. Znam i takie przypadki, i nie sądzę bym była w tym odosobniona. To truizm, ale to co przywozimy z podróży, zawsze zależy od tego, co sami mamy w głowie. 

To fakt, krótka podróż może w nas jednak zostawić ślad:  wspomnienia, do których chce się wracać i zdjęcia, które chce się oglądać. Gdyby tak zebrać pomysły, które wiążą się z minimalizmem w podróży, pokusiłabym się o następujące zestawienie. 

Po pierwsze: Marta Sapała w swoim eksperymentalnym roku bez zakupów (o którym pisałam tu) wraz z mężem i mały dzieckiem wyruszyła w podróż, zamieniając się na mieszkania – udostępniając własne mieszkanie fińskiej rodzinie chętnej do zwiedzenia Warszawy, sama w tym czasie odwiedzając Finlandię. Pomysł to być może odważny, ale – trzeba przyznać – kuszący, pozwalający się uwolnić od nawyku oceniania wyjazdu przez pryzmat warunków hotelowych i zarazem dający przy tym wgląd w trudno uchwytną codzienność autochtonów.

Po drugie: zabrać ze sobą aparat na kliszę. To z kolei autorski pomysł mojego męża fotografa, który żyje z robienia zdjęć, a na ostatnich wakacjach zapragnął podejść do tego inaczej. Przywiózł ze sobą świetne jakościowo zdjęcia, których nie można było podejrzeć w czasie robienia i które skłoniły go do szczególnej uważności. Dużo bardziej dla nas znaczące niż upozowane fotografie spod zabytków, których w zasadzie chyba nigdy nie robiliśmy.

Po trzecie: Mieć czas i nie przeładować programu podróży. Pisze o tym Ajka, ale warto to raz jeszcze podkreślić. Pogoń za kolejnymi zabytkami nie służy dobrej podróży. Atmosfera miejsca jest ważniejsza niż uporczywe katalogowanie kolejnych zabytków. Programowa oszczędność pozwoli mieć oczy i uszy otwarte. I otwartą głowę, o tak, głowę przede wszystkim.

Po czwarte: nie byłabym sobą, gdybym tego nie napisała –  przeczytać przed wyjazdem mądrą lekturę o miejscu, do którego się jedzie. Może to być równie dobrze ciekawy publicystyczny tekst, dobra powieść, inspirująca nas muzyka lub publikacja o instytucji kultury / muzeum. Byleby nasza lektura / inspiracja była związana ze współczesnością miejsca do którego jedziemy. Byleby nas zaciekawiła, by jej odbiór nie przychodził nam z wysiłkiem. Pozwoli nam to na refleksję nad zwiedzaną przestrzenią i zamieszkującymi ją ludźmi, którzy staną się dla nas kimś więcej niż beneficjentami naszej turystycznej eskapady.

Lista nie musi mieć końca i można ją rozszerzać. Paradoksalnie wszystkie pomysły sprowadzają się jednak do tego, by zabrać ze sobą ciekawość świata, a zostawić rutynę zwiedzania. Zminimalizować towarzyszące nam w podróży przeszkadzajki i poprzez wyciszenie, zmaksymalizować wrażenia. Jest środek niemrawej zimy, ja czuję się dosyć niemrawo i co ja zrobię, że na przekór wszystkiemu marzy mi się taka podróż. Najchętniej tym razem do Skandynawii. Idzie nowe, a ja tam jeszcze nie byłam.

 Ps A ilustrujące ten wpis zdjęcie Wilna dla uważnych celowo koresponduje z pogodą za oknem. Żeby czytelnika zanadto nie przytłaczać urodą miasta. Znalazłam je tu.