Uważność w pośpiechu

Od pewnego czasu jestem mamą pracującą. Z pozoru moja codzienność nie różni się ostatnio specjalnie od przeciętnego, dość pospiesznego dnia. Spieszę się. Biegnę na tramwaj. Ucieka mi. Wracam z pracy. Robię zakupy, przeważnie ciężkie. Dzieci nie domagają, wtedy lekarze, apteka, lekarstwa. Gdy wszyscy w formie, odbieram dziecko z przedszkola, szybko, bo albo mi zbyt gorąco z drugim w chuście, albo jestem sama i pędzę, lecę do drugiego. Pospiesznie organizuję obiad, obdzielając uwagą to jedno, to drugie. Jasne, że bywam sfrustrowana i przemęczona. W tych wszystkich pospiesznych, niezbyt komfortowych odsłonach mam – jak każdy – milion powodów, by nie być mistrzem uważności.

A jednak najbardziej cenię ją sobie właśnie wtedy.

Oczywiście fajnie jest sobie wyobrażać, że uważność polega na kontemplowaniu rzeczywistości i na zachwycaniu się jej nieskończonymi możliwościami. A jednak nie bez powodu to właśnie w stresujących momentach okazuje się najbardziej przydatna. Najwyraźniej widać jej kojący wpływ.

Narracja jest w twojej głowie

 Psychologowie są pewni, że konstrukcja naszego umysłu pozwala wyłapać więcej problemów niż powodów do radości. Rzeczywiście, jedni z nas mniej, inni bardziej intensywnie wychwytują potencjalne zagrożenia i pozwalają im zawładnąć własnym życiem [klik]. Tak, też jestem w tym niezła, choć pracuję nad tym [klik].  Ilekroć wszystkie sygnały płynące z mojego ciała, sugerują, że jest mi źle czy ciężko, próbuję przyjrzeć im się nieco z dystansu. Widzę więc siebie w szerszym spectrum – na moment przyglądam się sobie jako drobince w otaczającym mnie świecie. Zaczynam głębiej oddychać. Dostrzegam jaka jest pogoda i koncentruję się na drobnych przyjemnych odczuciach płynących z atmosfery. Lekki wietrzyk. Przebłysk słońca. Ptaki na niebie. Potem ludzie wokół – widzę ich tak samo skupionych na własnej codzienności jak ja. Rzadziej uśmiechniętych. Gdy na moment pozwalam sobie na wyjście z mojej głowy, świat przestaje być taki jednoznaczny, a moje odczucia aż tak dominujące.

Uważność w napięciu

To proste uważnościowe odkrycie lubię wykorzystywać w chwilach szczególnego napięcia, żeby ćwiczyć się w komunikacji. Zwłaszcza z własnymi dziećmi. Niemowlę wymaga intuicji i reaktywności, wydaje mi się, że jestem dość wprawiona w odczytywaniu jego sygnałów, więc komunikacja przebiega nam bez większych zakłóceń. Ale córka… bywa z tym różnie, bo owszem, nieraz zdarza się, że nasze mikrokosmosy krążą wokół różnych orbit. Gdy spotykamy się popołudniu w przedszkolu, moje myśli zazwyczaj urządzają sobie istny galop „szybciej, jestem głodna, co na obiad, za gorąco mi tu, niech ona się pospieszy”, a jej na odwrót. Ona, jak to dziecko, ona ma czas. I ten moment, gdy nie widzi mamy przez większość dnia jest doskonałym momentem na okazywaną po dziecięcemu radość. Podskoki. Ślizganie się w skarpetkach po podłodze. Nieuważne zakładanie nie tych części garderoby co trzeba. Radosne rozrabianie z innymi właśnie odbieranymi dziećmi.

Tak, taka scena to jest w zasadzie klasyk gatunku. Obserwuję ją nie tylko u siebie. Kątem oka widzę ją niemal u każdego rodzica. Z lepszym lub gorszym skutkiem ćwiczymy się codziennie w cierpliwości. Mamy swoje lepsze i gorsze dni. Lepsze i gorsze metody. Gdy jednak jestem bliska utraty cierpliwości z błahego powodu, sprawdzam, czy to nie narracja w mojej głowie jest problemem. Pozwala mi to dostrzec pełniejsze spectrum wydarzeń. I zdecydowanie trudniej zirytować się na dziecko.

Zaproszenie do współdziałania

Stąd już tylko krok do empatycznej komunikacji z bliskimi. Lub zwykłej / niezwykłej uważnej uprzejmości wobec przypadkowo spotkanych osób. Za każdym razem, kiedy przestajemy reagować automatycznie (czyli zwalniamy automatycznego pilota) i pozwalamy sobie ZAUWAŻYĆ partnera interakcji, dzieją się cuda uważności. Narracja w twojej głowie przestaje dominować, bo widzisz, dostrzegasz, że ludzie wokół mają taką samą tendencję do postrzegania świata przez pryzmat własnych odczuć. Także dzieci. Przyglądam się więc z uwagą sobie w interakcji z moją zmienną, pełną emocji córką i staram się budować między nami mosty. Mówię np. „Trochę się spieszę, jestem głodna, zmęczona i mogę się niepotrzebnie zdenerwować, a ty masz taki nastrój, że nie zwracasz na to uwagi. To może ja się trochę uspokoję, a ty zaczniesz ze mną współpracować, co ty na to?”. Zawsze działa. Dotyczy to nie tylko dzieci zresztą. W końcu każdy z nas niesie w sobie swoje mikrokosmosy emocji i interpretacji, na które czasem wystarczy zareagować uważną uprzejmością [klik].

 

 

 

Posted Under
Bez kategorii
  • Bardzo ciekawy post. Sama muszę czasami się zatrzymać i jednak spojrzeć na to w ten sposób 😉

  • Tyle razy dziennie przypominam sobie, że miałam ćwiczyć uważność, ale potem ktoś dzwoni, dziecko chce e-e, trzeba jechać na budowę, odwołać spotkanie… Ale tak prawdę powiedziawszy nawet w tym tekście widać, że takie ćwiczenia nie zajmują przecież całego dnia, ale właśnie te chwile, gdy działamy bezmyślnie i z automatu. Tyle jeszcze przede mną…

    • Proste nawyki -najlepsze 🙂 Ja właśnie w uważności najbardziej lubię fakt, że jest taka funkcjonalna na co dzień.

  • Z pełną świadomością tego jak bardzo uważność jest potrzebna w życiu zaniedbuję ją. Bywa, ze planuję zwolnić, a jednak pędzę przed siebie bo ciągle widzę nowe wyzwania.

    • Ten pośpiech jest jakoś tak wpisany w nasze życie. Ale fajnie próbować wyjść poza ten automatyczny pęd, ja bardzo lubię i polecam 😉

  • Ja też tak mam – dokładnie tak samo! Najlepiej mi się skupić i być uważną, kiedy dookoła dużo się dzieje. W stanie napięcia bardziej doceniam ten przyjemny powiew wiatru na twarzy albo kilka promieni słońca, które wdarły się nieproszone do pokoju przez szczelinę w roletach.

    • Dzięki Mo! Bardzo się cieszę, że jest nas więcej. Ja sama to bardzo lubię, wybić się z własnego napięcia i zauważyć coś wokół, bardzo wtedy intensywnie postrzegam świat.