Piwo w domu, czyli zapiski piwowara domowego.

Własna chłodnica zanurzeniowa

Pamiętasz Drogi Czytelniku swój pierwszy raz ? Ja tak, każdy. Pierwsza dziewczyna, pierwsza bójka (choć bójką do końca bym tego nie nazwał), pierwszy raz za kółkiem. Wszystkie te rzeczy (daty, miejsca, imiona) mógłbym wymienić Ci obudzony z głębokiego snu o północy. Pamiętam też doskonale swoje pierwsze wypite (całe!) piwo. Rok 1995, dyskoteka w wiejskiej świetlicy w Kowalewie. Piwo EB. Zasnąłem na krześle obitym bordową ceratą.

Były to czasy, kiedy na fali było EB i 10,5. O piwnej rewolucji nikt w Polsce jeszcze nie marzył… Od pierwszego piwa, aż do dzisiaj moja droga ewoluowała. Człowiek szuka coraz lepszych smaków, doznań. W swoich piwnych poszukiwaniach przebyłem długą drogę – przez większość swego życia żłopałem eurolagery, w swoich kilku zagranicznych podróżach zawsze sięgałem po lokalne piwa. Sięgnąłem także ekstremum gdyż  w niedalekiej okolicy mojego rodzinnego domu stoi browar Edi. I tak rok za rokiem, lager za lagerem aż w końcu piwna rewolucja dopadła i mnie. Było to jak strzał między oczy, bez najmniejszego uprzedzenia mnie o wspomnianym zamiarze. Amerykańskie chmiele uderzyły mi do głowy. Wizyty w multitapach, w sklepach z craftowymi piwami i odkrywanie szerokiej gamy piwnych styli. I w jak każdym z moich działań w pewnym momencie w głowie pojawiło się pytanie: skoro to takie dobre, wszyscy się tym zachwycają to dlaczego nie pójść krok dalej i zacząć warzyć swoje własne piwo. Tak było z sernikami, chlebem i tak jest teraz z piwem. Bity rok teoretycznego przygotowywania się do tematu (można działać szybciej, ale dobrze jest mieć opanowaną teorię aby wiedzieć co się w danym etapie robi). Piwne blogi, kanały na youtube, tomekkopyrazblogutomekkopyra.com (niech rzuci szyszką chmielową ten, kto zaczynał piwowarstwo domowe i nie oglądał Kopyra) i takie tam. W końcu, uzbrojony w wiedzę i sprzęt zabrałem się do uwarzenia pierwszej warki. Nic nie mogło nie pójść po mojej myśli. A jednak ! Na bieżąco wspierałem się radami z piwnych forów i wyprowadziłem pierwszy gar piwa na prostą drogę. Moje pierwsze Pale Ale ze słodów poszło w butelki, a z nich do kufli. Sukces ! Oczywiście w moich kategoriach, bo zapewne każdy zmanierowany piwny bloger czy też freak doczepiłby się błędów, ale już dawno nauczyłem się, aby polegać na własnym smaku i dzielić na pół wypowiadane przez innych opinie (chyba, że są pełne zachwytów, to wtedy ok).

Jedna z podstawowych zasad jakich nauczyłem się na piwnych forach mówi:  

„Nie pierdol, zacieraj”

I tak od warki do warki zostałem piwowarem domowym. Wciąż amatorem, który z każdą warką piwa uczy się czegoś nowego. Ubiegły rok był rokiem testów (zacząłem warzenie w połowie roku), ten rok jest rokiem udoskonalania umiejętności. Po kilku własnych recepturach (które były całkiem udane) postanowiłem zacząć od początku i warzyć konkretne piwa wg. receptur dostępnych w necie. Sprawdzone przepisy, najczęściej nagradzane na różnych konkursach piw domowych. Wg. mnie to najlepsza metoda do doskonalenia swojego warsztatu. Czas na własne receptury jeszcze przyjdzie.

Jeśli kiedykolwiek miałeś/miałaś okazję pić domowe piwo to wiedz, że takie piwo kosztuje dużą ilość czasu i jeszcze większą ilość cierpliwości. A gdy dodamy do tego fakt, że warzę w mieszkaniu o powierzchni 36m kw. (gdzie kuchnia ma 7m kw, z czego przestrzeni bez mebli gdzie można się „swobodnie” poruszać zostaje niecałe 2m kw.), z żoną i dwójką małych dzieci na pokładzie, to robi się z tego niemały wyczyn (choć jestem przekonany, że wielu piwowarów ma podobnie, w tym cały urok). Wszystkie zmagania i trudy rekompensuje Ci potem butelka zimnego piwa, które sam sobie uwarzyłeś i sam będziesz mógł je sobie wypić.

Jak cała akcja z warzeniem piwa wygląda u mnie w domu ? Pozwól, że opiszę Ci to krok po kroku.

Etap 1 – plan i logistyka: W myślach ogarniam termin w jakim będzie mi najwygodniej warzyć piwo. Wiecie, taki w którym będę miał odrobinę czasu licząc od w miarę wczesnego popołudnia aż do (jak Bóg da) późnego wieczoru. Skupiam się totalnie na tym czy oby czasem gdzieś nie wyjeżdżamy czy też nie mamy zaplanowanego dnia. Na wszelki wypadek robię podchody i wspominam Marcie, że mam taki oto zamiar aby na pół dnia okupować kuchnię. Robię to w formie luźno rzuconego zdania, zakładając oczywiście że jeszcze wiele może się zmienić i to póki co wstępny plan. Po jakimś czasie już sygnalizuję, że w najbliższą sobotę będę zacierał browar. Takie podejście wiele ułatwia i pomaga uniknąć niepotrzebnych zgrzytów. Wiadomo, czas warzenia jest elastyczny, ale fajnie jak można zacząć tak, aby można było skończyć przed 1 w nocy. Gdy już mam ustalony termin zabieram się za styl. Szukam receptur, porównuję i sprawdzam. Wrzucam potem do programu aby zobaczyć w jakie mniej więcej parametry celuję. Gdy już mam obcykaną recepturę i wiem co chcę osiągnąć zabieram się za kupowanie składników. W grę wchodzi kilka sprawdzonych sklepów w necie oraz sklep stacjonarny, który ma jeden minus – nie zawsze mają składniki których potrzebuję, co sprawia że termin warzenia się oddala, a ja się wkurwiam. Gdy już wszystko mam skompletowane i pochowane po kątach tak aby przez kilka najbliższych dni nie walało się pod nogami, zabieram się do warzenia.

Słody i chmiele
Składniki na miejscu. Słody i chmiele gotowe do użycia.

Etap 2 – warzenie z zacieraniem: Wszystkie składniki na stole. Wstawiam gar na kuchenkę i podgrzewam wodę. Otwieram pierwsze piwo. Gdy woda osiągnie odpowiednią temperaturę wsypuję słody i zaczynam zacieranie. Kuchenka zawalona po całości, a jeszcze trzeba wstawić wodę na mleko dla Syna więc tak to rozkładam aby wszyscy byli zadowoleni. W między czasie Marta potrzebuje pomocy przy dzieciach, Córka domaga się uwagi więc kontrolowanie temperatury bywa utrudnione. Latam od gara do dzieci itd. Jednak daję radę, w miarę trzymam się w założonych widełkach. Gdy już zacieranie się zakończy wstawiam na blat kuchenny fermentor i przerzucam zatarte ziarno do kadzi filtracyjnej. Czekam jakieś 30-40 minut aż młóto się ułoży. W tym czasie kąpię dzieciaki, Marta ogarnia pokój do spania. Zaczynam wysładzanie. Na podłodze ręcznik aby nie zalać płytek piwem, bo będzie się wszystko kleiło. Wiadomo, że i tak się tego nie uniknie.

„Nieodłączną rzeczą związaną z warzeniem piwa jest odgłos jaki wydają

klejące się do płytek podłogowych kapcie. Bez tego warzenie nie ma sensu.”

Duży gar na gazówce, mały garnek na podłodze. Brzeczka sobie leci, przelewam ją do gara i zaczynam podgrzewanie. Zanim jednak zacznę gotowanie z chmieleniem muszę jeszcze ogarnąć fermentor, w których znajduje się wypłukany już słód. I tego etapu nie lubię i to bardzo. Za każdym razem gdy przekładam słód do toreb foliowych myślę sobie jak fajnie byłoby mieć na balkonie kilka zagrodowych (balkonowych?) szczęśliwych kur, którym po prostu mógłbym ten słód rzucić. Zajadałyby go sobie przeszczęśliwe, rosłyby bez stresu, snułyby marzenia, a my moglibyśmy sobie z nich potem ugotować szczęśliwy rosół. Niestety aż tak różowo nie jest, więc przerzucam ten słód w torby aby potem wynieść je na śmieci (zostawiłem kiedyś takie torby na balkonie, ale pociekło z nich trochę i trzeba było wszystko myć).

Własna AIPA z wysładzaniem w tle.
Własna AIPA z wysładzaniem w tle.

Etap 3 – gotowanie brzeczki, czyli chmielenie: Brzeczka w garze, ja wracam ze śmietnika. Gotowanie się rozpoczyna. Zanim jeszcze zacznę chmielenie uwadniam drożdże (nie mam mieszadła magnetycznego więc radzę sobie jak mogę). Wrzucam pierwszą partię chmielu. Otwieram drugie piwo, gotowanie to nic ciekawego. Ustawiam zegar i czekam spijając piwo. Zabieram się za dezynfekcję fermentora – pirosiarczan sodu, potem wrzątek. Czas ucieka, zbliżam się niebezpiecznie do północy. Od gotowania cała kuchnia zaparowała, otwieram więc okno (zima, mróz na zewnątrz). Pod koniec gotowania wkładam chłodnicę i podłączam ją do węża od prysznica w łazience. Chłodnica się gotuje, zarazki giną. Wyłączam palnik i zaczynam chłodzenie brzeczki. Trwa to różnie, w zależności od wielkości warki oraz czy robię hop stand czy też nie.

Chłodnica zanurzeniowa w garze. Etap chłodzenia przed tzw. hop standem.
Chłodnica zanurzeniowa w garze. Etap chłodzenia przed tzw. hop standem.

Etap 4 – zadanie drożdży: Brzeczka wystudzona, przelewam do fermentora, potem znów do gara i znów do fermentora aby dobrze napowietrzyć piwo. Podłoga zachlapana, laczki lepią się jak szalone. Zadaję drożdże, zamykam fermentor i idę spać. Oczywiście żartowałem z tym spaniem. Jest już po północy, trzeba jeszcze wszystko umyć, wyczyścić i pochować. Na koniec zmywam podłogę i zamykam kuchnię. Siadam przed kompem i chwilę odpoczywam dryfując po bezkresach internetu. Wszystko oczywiście skrupulatnie spisuję w zeszycie.

Uwodnianie drożdży przed ich zadaniem do fermentora.
Uwodnianie drożdży przed ich zadaniem do fermentora.

Etap 5 – butelkowanie: Po ok 2 tygodniach zlewam piwo z cichej fermentacji, dodaję glukozę do refermentacji (aby piwo się nagazowało) i je butelkuję. Nie trwa to zbyt długo, na szczęście Greta i ja mamy już wypracowany system działania. Butelki w skrzynkach lądują w piwnicy (pod osłoną nocy aby sąsiedzi nie widzieli co tam targam do piwnicy). Pierwsza próba piwa następuje już po tygodniu. Sprawdzam jak wstępnie smakuje, czy jest już trochę nagazowane. Tak naprawdę zjada mnie po prostu ciekawość czy się udało czy też nie.

Tak to mniej więcej wygląda. Oczywiście jest wiele czynników, które mają wpływ na to czy piwo się uda czy też nie, ale nie chcę wdawać się w szczegóły, bo mógłbym zanudzić na śmierć. I tak wpis już jest wystarczająco długi. Ja np. wypiłem w trakcie tego wpisu aż 2 piwa. Własne, najlepsze.

Polecam, Ojcu.

Posted Under
Bez kategorii
  • Nie, no MEGA, MEGA, MEGA – czytam i czuję, jak mi się bąbelki udzielają 😀

  • Ojcu

    Michale, dzięki ! Wiem, że nie pijasz, ale gdybyś kiedykolwiek zwątpił (czego Ci z całego serca nie życzę) to zapraszam do mnie na dobre piwko 🙂

  • Pingback: oh, życie ! - ojcu.pl()

  • Się pochwalę, że mój mąż też w domu warzy. Teraz do gara pójdą słody i chmiele na piwo marcowe (póki marzec jeszcze). Może jakaś zbiorowa degustacja lub piwne wymienianki? Też jesteśmy z Poznania 😉

    • Ojcu

      Świetna sprawa ! 🙂 Marzec niebawem się kończy więc z tym marcowym trzeba się spieszyć. Ja już w planach mam bardziej wiosenno-letnie warki, coś lżejszego i orzeźwiającego. Fermentuje mi roggen i jak się wyleżakuje, to zapraszam na degustację. Może już w bardzo ładnych okolicznościach przyrody 🙂

  • Pingback: Kryzys 35 latka - Na wolnym biegu()