Sanatorium pod Zielonym Neonem

sanatorium pod zielonym neonem

Od kilku tygodni przez nasz przepastny dom przewija się plaga chorób. Najpierw córka, potem syn, w międzyczasie przyjechała teściowa. Wizyty u lekarza, na izbie przyjęć, platynowa karta stałego klienta w aptece. Gdyby się tak porządnie zastanowić  i przyjrzeć wszystkim tym inhalacjom, godzinom przyjmowania leków i wizytom u lekarza, to śmiało można stwierdzić, że w mieszkaniu naszym otworzyło się w pełni działające sanatorium.

Zaczęło się tradycyjnie od Córki. Mocny kaszel, duszności nocne. Mamy z nią tak co najmniej raz na półtora miesiąca. Kolejna dawka antybiotyków, inhalacji i litry syropów. Jesteśmy coraz bardziej bezradni i zaczynamy skłaniać się w kierunku mniej tradycyjnych metod leczenia, w tym zmiany diety i nawyków żywieniowych. W tym coś musi być, nie ma bata. Gdy już córka rozchorowała się na dobre z odsieczą przyjechała teściowa, która w takich przypadkach jest niezastąpiona, a jej pomoc jest ogromna (zwłaszcza, że je non stop siedzę w robocie). Gdy juz Córka wyszła na prosta rozchorował się Syn. Ot tak, z dnia na dzień. W poniedziałek był ok, w środę miał już zapalenie oskrzeli, a gdy w piątek rano poszliśmy z nim na kolejną wizytę stwierdzono wirus RSV (odkąd mam Szkodę, wciąż mylę to z VRS) i skierowano nas do szpitala. A w poznańskich szpitalach panuje chaos – przypadki świńskiej grypy, wirusy, ograniczone wizyty. Zapadła decyzja – nie jedziemy do szpitala, leczymy w domu i w razie konieczności reagujemy. Szczęśliwie Syn wykaraskał się z tego w domu, choć i tak Marta musiała jechać z nim (bo ja w tym czasie siedzę w robocie) na izbę przyjęć na badania. Gdy już Córka wyzdrowiała, Syn wyzdrowiał, a teściowa pojechała do domu, to rozłożyła się Marta. I to w takim czasie, że gdyby zorganizować zawody w rozchorowywaniu się (bardzo zagmatwane słowo) na czas, to zdobyłaby grand prix. Totalnie się poskładała. Dzielnie walczyła podczas chorób dzieciaków, a teraz ledwo co żyje. Staram się pomagać jak mogę, ale i tak większość czasu siedzę w robocie (pisałem już o tym?)

Sanatorium wciąż działa na pełnych obrotach.

Z całej naszej czwórki nie pochorowałem się jeszcze tylko ja. Mam na to teorię, która to mówi, że nie choruję dzięki mojej pracy (o ironio !), bo żyję w ciągłym stresie, napięciu na pełnych obrotach. Jestem tak spięty, że nie nie myślę nawet o tym aby się rozchorować, brak mi na to czasu. Ten czas jednak przyjdzie, doskonale też wiem kiedy. Pewnie klasycznie będą to już najbliższe święta kiedy zapanuję kilkudniowy odpoczynek. Wyluzuję, odprężę się i padnę na pysk.

Posted Under
Bez kategorii
  • Damn… Mehhh… :/

    • Ojcu

      Michale, z tego co wiem to i Wam nie jest lekko. Cały czas trzymamy kciuki za powroty do zdrowia !

      • Trochę się wykaraskaliśmy ostatnio. Ale od początku roku mieliśmy też w domu szpital polowy… właściwie do teraz… Chociaż najgorsze już za nami (tak sądzę przynajmniej).

        • Ojcu

          Doskonale to rozumiem. Cały czas o Was myślimy aby wszystko było dobrze, zwłaszcza na zbliżającym się finiszu 🙂

          • Dzięki serdeczne – teraz przyda się mocne trzymanie kciuków 😀

          • Ojcu

            Trzymam tak mocno, że aż trudno pisać mi na klawiaturze 😉

          • Hahahah – Odpowiedź możesz też zawsze podyktować 😀

          • Ojcu

            Marta totalnie załamie ręce jak zobaczy mnie gadającego do komputera 😉

          • Spoko, ja gadam do zegarka 😀

          • Ojcu

            To wszystko jeszcze można jakoś wytłumaczyć. Póki nie gadamy np. do butów to jeszcze nie jest z nami tak źle 😉

          • Gorzej – tak sądzę – jak buty zaczną gadać do nas 😀