oh, życie !

oh, życie !

Weekend. Jak większość pracującej i studiującej Polski, myślę o nim już w okolicach poniedziałkowego drugiego śniadania. Nic w tym dziwnego, zwłaszcza że przez 5 dni urabiam ręce po same uszy. Takie życie. W ciągu całego tygodnia skrupulatnie planujesz gdzie i w jakim towarzystwie (czasem idziesz na żywioł) porządnie schlejesz się w piątkowy wieczór lub też ile sezonów House of Cards uda ci się obejrzeć leżąc całą sobotę w łóżku. Sprawa komplikuje się gdy stajesz się rodzicem, ojcem dwójki dzieci. „Fokusujesz” się na zupełnie innych sprawach.

Przychodzi weekend. Musisz go zaplanować uwzględniając: sprzątanie domu po intensywnym tygodniu, zorganizowanie dzieciom wolnego czasu innego niż przedszkole, ugotowanie ciepłego, dobrego obiadu. Do tego, gdzieś z tyłu głowy, tli się pragnienie zrobienia czegoś dla siebie. W moim przypadku najczęściej są to dwie opcje: pogrzebanie przy Krokodylu / pojechanie na comiesięczny spot saabowego teamu (odkąd sprzedałem aero  trochę zaniedbałem team, ale o tym przy innej okazji) lub też uwarzenie piwa. O wyjściu do kina czy też multitapu nawet nie myślę, bo najzwyczajniej w świecie nie ma na to czasu. Gdy pogoda sprzyja wymyślasz na szybko jakiś kilku godzinny spacer. Czasem nad rzekę, do parku czy też w niedalekie okolice blokowiska (które tak naprawdę ma więcej plusów niż minusów). Gdy pogoda jest do przysłowiowej dupy, cieszysz się w głębi ducha, bo nigdzie nie musisz się ruszać i najchętniej posiedziałbyś w kuchni i nic nie robił. Czasem z Córką pójdę do kina, a czasem po prostu do sklepu na zakupy. Odprężam się gdy mogę coś ugotować lub też upiec. Spijam wtedy do tego piwo (uprzednio kupione w sklepie z craftem*), robię zdjęcie na instagrama. Marta zajmuje się Synem, Syn z Martą, potem Syn ze mną, a Córka z Martą, na koniec wszyscy razem i jeszcze miś Lucjan. Jak jest czas i siły, nocą ja z Martą. Tak więc weekend zamyka się w zaledwie bardzo krótkich 48 godzinach, które musisz ogarnąć tak aby wstając w poniedziałek rano przed godziną 7 nie wyrwało ci się zamiast „dzień dobry” przeciągłe ” ja pierdolę, nie wierzę”.

12-13.03.2016 – Ojcu ogarnia weekend.

Piątek po pracy. Pojechałem  do Centrali po kilka piw. W zamyśle było porzucenie polskiego, naszpikowanego amerykańskimi chmielami craftu na rzecz klasycznego czeskiego pilsa. Taka moja tęsknota za prostym (a jednak trudnym w zrobieniu) piwem od naszych sąsiadów. Wieczorem film (nie obejrzałem do końca) oraz korekta receptury piwa, bo w sobotę warzenie.

Sobota. Śniadanie, kawa. Leniwie snujemy się po mieszkaniu. Marta, kilka dni wcześniej, zapowiedziała mi, że potrzebuje kilku godzin na spisanie wywiadu jaki przeprowadzała na rzecz bloga. Czy pisałem już, że Pani Poczytalna to moja prywatna żona ? Yeah ! Receptura przeskalowana, zostaje mi tylko pojechanie do sklepu po składniki. W międzyczasie Syn nie chce zasnąć więc ląduje na moich rękach. Udaje mi się go uśpić więc spędzam z nim czas siedząc na łóżku ponad 2 godziny. Kończę czytać „Maskę Kłamstw”. Lubie ten czasz z Synem na rękach. On tak śmiesznie śpi. Marta w międzyczasie spisuje wywiad. W końcu udaje mi się wybrać do sklepu. Oczywiście obok mnie żwawo drepcze Córka. Po drodze po auto wstępujemy po czajnik, bo obecny spaliłem (wstawiłem Marcie wodę na herbatę i zapomniałem o nim) dwa dni temu. Córka wybiera pomarańczowy czajnik i tłumaczy mi, że ten poprzedni był szary i smutny. Cenna uwaga. W końcu odbieram składniki na piwo, potem zakupy na obiad i objuczeni torbami wracamy po 2 godzinach do domu. Dotlenieni i szczęśliwi. Obiad, sprzątanie, zabawy z Córką i w końcu upragnione warzenie. Na cel wzięty roggenbier czyli niemieckie piwo żytnie.

Oh życie, uwielbiam Cię !

Odskocznia od nowofalowych chmieli, oleiste ale też orzeźwiające. Smakuje mi jak cholera, dlatego postanowiłem się zmierzyć z tym stylem, choć nie należy do najłatwiejszych (duża, bo ponad 50%) zawartość słodu żytniego, który mocno zwiększa lepkość zacieru przez co filtracja brzeczki może zająć długie godziny. I na to właśnie byłem przygotowany. Do tego postanowiłem wprowadzić kilka ulepszeń do gara zaciernego tak, aby utrzymać stałą temperaturę zacierania. No i zadziałało. 60 minut i spadek temperatury zaledwie o jeden stopień. A jak wiadomo browar to nie apteka więc wszystko poszło po Bożemu. Filtracja o dziwo też. Nastawiałem się na jakieś 3-4 godziny smętnego kapania, a ogarnąłem to w niecałe 1,5 godziny (pewnie dlatego, że żyta było niecałe 45 % w całym zasypie). Potem gotowanie, chmielenie, zadanie drożdży oraz sprzątanie, bo podłoga kleiła się pod laczkami. Skończyłem chwilę po 22 i zabrałem się za sernik. O tak, sernik ! Nie piekłem sernika chyba z 3 miesiące. W niedzielę przychodzili znajomi i głupio tak częstować ich plackiem z cukierni (tydzień temu tak przyjęliśmy gości i miałem jakiś wewnętrzny dyskomfort z tego powodu) więc upiekłem sernik – śmietankowy z solonym karmelem, z czego karmel zrobiłem „od nie chcenia” i wyszedł naprawdę w punkt (3 poprzednie serniki z karmelem były takie se przez złą konsystencję karmelu). Po północy zrobiłem jeszcze zaczyn na chleb i około 1;30 wylądowaliśmy z Martą w łóżku gdzie czekał na nas śpiący Syn.

Niedziela. Drożdże zaczynają leniwie pracować (żałuję, że nie zrobiłem startera drożdżowego, czyli takiej porządnej drożdżowej bomby, która rozprawiła by się z brzeczką jak Little Boy z Hiroshimą). Córka od rana biega i pyta kiedy będzie popołudnie, bo wtedy przychodzi jej przyjaciółka z przedszkola. Pyta o to popołudnie mniej więcej co pół godziny. Drożdże nabierają tempa. Wyrabiam ciasto na chleb. I tu chciałbym nadmienić, że zmieniłem technikę i zamiast krótkiego wyrabiania ciasta i wstawiania go do formy i czekanie na jego wyrośnięcie, dziś postanowiłem wyrobić go tak jak należy, prawilnie. Porzucałem nim o stół dobre 10 minut, gniotłem go, rozciągałem, skakałem po nim. Potem wylądował w koszyczku, a na koniec w piekarniku. Przyszli goście. Córka z przyjaciółką zabrały się za totalną demolkę swojego pokoju. w międzyczasie wyjąłem chleb z piekarnika, a po ostudzeniu rozkroiłem go. Kurwa, udał się, naprawdę.  Skórka chrupka, wnętrze puszyste, smakuje super, pachnie żytnim zakwasem.

Oh życie !

Postanowiłem wypiekać chleb co najmniej raz na tydzień. Bochenek lub dwa w zależności od proporcji. Jeśli dwa bochenki, to jeden na wydanie (o chleb pisać na priv lub pod tekstem, będę reagował na bieżąco). Mam taką cichą nadzieję, że kiedyś uda nam się zrezygnować z białego pieczywa na rzecz własnego chleba czy też bułek, najlepiej na żytnim zakwasie. O tym i o kilku innych żywieniowych zmianach niebawem powstanie też tekst.

I tak oto minął weekend. Jest lekko po północy. Wszyscy śpią. Za jakieś 5 godzin trzeba będzie wstać i jakoś godnie przeżyć te 5 najbliższych dni.

Dziękuję za uwagę.

Ojcu.

PS – Rano w mieszkaniu wyczułem siarkowodór. Wali jajkami z fermentora co oznacza, że albo drożdże się zestresowały (uwielbiam to określenie) albo wdarło się zakażenie. Jak na złość ! Czytam na szybko na piwowarskim wsparciu, że ten szczep tak ma i to nic nadzwyczajnego. Po prostu śmierdzi. Jeśli nie minie, wrzucę do fermentora trochę miedzi i powinien „zapach” zniknąć. Drożdże nazywają się „Banany i Gwoździe”, ciekawe w którym kierunku pójdzie smak. Zadzwoniłem jeszcze do niani aby się zbyt tym zapachem nie martwiła, bo padały podejrzenia że to pielucha Syna jest źródłem tego całego zamieszania. Marta kiedyś mnie pogodni z tymi fermentorami.

* craft – potoczne określenie piwa rzemieślniczego.

Posted Under
Bez kategorii