Bieg po wiosnę

bieg po wiosnę

Weekend zaliczony. Na dodatek weekend bardzo udany. Po bardzo długiej przerwie wybraliśmy się na wieś do moich rodziców. W głowie miałem plan, że sobotnie przed i popołudnie spędzę na dworze, powygłupiam się z dzieciakami i zaliczę jakieś dobre piwo. Wszystko to udało się podczas bardzo słonecznej soboty, o której poniżej.

Córka zaczęła weekend jako pierwsza, bo już w czwartek po południu. Dziadkowie (moi rodzice) przy okazji wizyty w Poznaniu zgarnęli naszą starszą latorośl do siebie na wieś. Córa nie protestowała, wręcz przeciwnie, zapowiedziała abyśmy po nią nie przyjeżdżali aż do piątku. Tak też uczyniliśmy – piątek wieczór, zapakowani w Szkodę, ruszyliśmy w podróż aby po niecałych 2 godzinach (z czego 1/3 zajęły nam krzyki Syna) zameldować się u moich rodziców i siostry, która to mieszka z nimi. W sobotę także przyjechał Brat z rodziną (2+2, z czego jedno niezły ananas, chrześnica moja ulubiona). Rodzina w komplecie: siedmioro dorosłych oraz piątka dzieciorów, których średnia wieku to niecałe 4 lata. Szykowała się niemała impreza – połączone urodziny rodziców plus imieniny i czort jeden jeszcze wie co. W każdym razie wesoło. W ciągu całej, jak się okazało słonecznej i ciepłej, soboty pograliśmy trochę w piłkę, połaziliśmy po polach i beztrosko spędziliśmy czas. Udało mi się zamotać Syna w chustę. Marta jest małym freakiem na punkcie chustowania dzieci i trochę mnie tym zaraziła. Naprawdę zajebista sprawa mieć takiego szkraba blisko siebie i móc jeszcze wykonywać wiele różnych czynności, jak np. wbijanie gola sześciolatkowi.

Bieg po wiosnę

Wybraliśmy się „za stodołę’ na pola. „Za Stodołą” to taka kraina geograficzna położona za starą, poniemiecką stodołą jaka stoi w ogrodzie moich rodziców. Stodoła jest ogromna (prawie bliźniacza do tej, jaką można zobaczyć na powyższym zdjęciu), która wg. legendy jednego z moich wujków (który całą tajemnicę zabrał do grobu) w swoich posadzkach i murach kryje poniemieckie skarby oraz kilka dobrze zabezpieczonych karabinów na gorsze czasy, które jak się okazuje chyba nadchodzą. Wszystko co znajduje się przed stodołą to sad, wszystko co za stodołą to ogród i przepastne pola oraz wieś, w której naprawdę psy dupami szczekają. Wybraliśmy się więc za stodołę na ogród. Dzieciaki przeszczęśliwe, bo pełno zaoranej ziemi, można się porządnie wybiegać i przy okazji kompleksowo wybrudzić. Z tego miejsca chciałbym zaznaczyć, że jako dziecko nie miałem sobie równych w brudzeniu się na tych wszystkich ogrodach, polach i sadach (kiedyś nawet udając Johna Rambo podczas jednej ze swoich misji o mało co, a byśmy się potopili z moją młodszą siostrą na podmokłych polach).

Nie muszę chyba mówić jak wielkie szczęście ogarnęło nasze dzieci. Ja się im nie dziwię, bo gdybym podczas swego dzieciństwa siedział zapuszkowany w bloku i wychodził tylko na spacery oraz jakieś ogrodzone place zabaw (nie będę wspominał potrzeb wyższego rzędu, bo moim skromnym zdaniem żaden dziecięcy teatr, tańce nowoczesne czy też kreatywne warsztaty z robienia chujwieczego nie będę lepsze od dobrej zabawy z patykami w ogrodzie), to oszalałbym w wieku wczesno-szkolnym co na starość doprowadziłoby mnie i innych do szału.

_MG_0054

Po dwóch, naprawdę dobrze spędzonych dniach wróciliśmy do Poznania, który to niestety przywitał nas chłodem i deszczem. Ale tak naprawdę to nie o weekendzie chciałem pisać…

O wiośnie chciałem napisać oraz o tym jak wraz z córką wzięliśmy udział w przedszkolnej imprezie o sportowej i chwytliwej nazwie „Bieg po wiosnę”. Zasada jest prosta: dzieci wraz z rodzicami biegną dystans dookoła przedszkola i tym samym witają wiosnę (chodzi chyba o pierwsze porządne dotlenienie się i zachłyśnięcie świeżym powietrzem). Rok temu nie udało mi się biegnąć razem z Córką, w tym roku postanowiłem jej nie zawieźć i stanąć na wysokości zadania. W piątek przed pracą poszedłem do przedszkola aby wpisać nas na listę startową. Jak się okazało dość długa listę startową. Spotkałem jakiegoś ojca i zmierzyliśmy się wzrokiem tak, jak robią to bokserzy przed walką. Próba sił i charakteru…

Poniedziałek rano.

Idziemy z Córką do przedszkola. Po drodze Córka zarządza bieg rozgrzewający i biegniemy razem. W przedszkolu przebieram ją w ubranka i jakoś się tak wczułem, że strzeliłem jej mowę motywująca, wprost z amerykańskich patriotycznych produkcji filmowych.

„- Wiesz, w tym biegu chodzi o to aby wziąć udział, a nie o to aby wygrać. Ważne jest aby się nie poddawać i próbować dalej aż w końcu się uda. Pamiętasz jak jakiś czas temu tata robił sobie kawę i mu nie wyszło i powiedziałaś abym się nie poddawał i że jutro mi na pewno wyjdzie ? Tak właśnie jest z tym biegiem. Ważne aby się nie poddawać.”
” – Tato, ale ja żartowałam z tą kawą.”

No tak, ma dziecko rację. Czuje, że będzie wesoło, ale nie daję tego po sobie poznać. Niecałą godzinę później stoimy już na placu i robimy rozgrzewkę. Zimno jak cholera. Dobrze, że godzinę wcześniej posmarowałem plecy maścią rozgrzewającą. Dookoła nas pełno rodziców poubieranych w jakieś kurwakosmiczne technologie do biegania ultramaratonów. Buty za kilka baniek, obcisłe legginsy (fakt, co niektóre mamy wyglądały w nich bardzo korzystnie). Ojcowie jakieś bluzy, dresy, czapki z metkami. Totalnie im się imprezy pomyliły. Stoimy wraz z sąsiadem jak dwa czuby – ja w podwiniętych dżinsach i butach sportowych, kurtka i czapka od teściowej. On w butach totalnie niesportowych, ale przynajmniej ma wygodniejsze spodnie. Kilka występów, gier, zabaw i w końcu upragniony wyścig. Czuję, że rośnie we mnie napięcie. Spoglądam na Córkę – nie ma jej. Biega z koleżanką. Ta to dopiero ma energię.

Wystartowała pierwsza grupa, stawka wydaje się być wyrównana. Do mety dobiega szczęśliwy tata i mniej szczęśliwy, ale za to zadyszany syn.

Druga grupa poszła jak konie na derbach w Służewcu. Po niedługim czasie dobiegają pierwsi zawodnicy. W między czasie przedstawiam córce naszą strategię na wygrany bieg.

” – Zaczniemy spokojnie. Niech wszyscy pobiegną szybciej i gdy już stracą siły to my wtedy przyspieszymy i wygramy bieg, ok ?”
” – Nie, tato. Zaczniemy szybko, a na samym końcu przyspieszymy jeszcze bardziej i wtedy wygramy!”

Widzę w jej kochanych oczach wojownika. Wola walki wylewa jej się prze zakatarzony nos. Dobra, tak zrobimy. Tylko my i te przeklęte 300 metrów przed nami. Nie bierzemy jeńców ! 3..2..1.. Start ! Dzieci z rodzicami wystrzeliły jak z procy. Cholera, musieli trenować ! Rozpędzamy się z Córką, oglądam się na sąsiada i jego córkę, ale giną mi w „tłumie” dzieci. Dobra, biegniemy dalej. Nie oglądamy się za siebie. Dopinguję Córkę, że jest najlepsza na świecie, najszybsza nawet od Misia Lucjana. Wchodzimy w drugi zakręt. Córka mówi, że bolą ją nóżki. Zwalniam, ale Ona się nie poddaje. Biegniemy dalej. Szybko liczę i wychodzi na to, że jak wyprzedzimy tego małego, samotnego gnojka przed nami to będzie pudło, trzecie miejsce. Nie robimy tego, bo Córka już zaczyna dyszeć i szlochać, ale skubana biegnie dalej. Ostatni zakręt i prosta. Meta ! Wbiegamy na metę, wyprzedzam ją i w momencie gdy przekracza linię końcową podnoszę ją w górę jak Patric Swayze podnosił Jennifer Grey w Dirty Dancing. Ostatecznie dobiegamy na czwartym miejscu. Najgorsze miejsce dla sportowca, dla nas bez znaczenia, bo liczymy się tylko my i to, że daliśmy radę. Chwilę potem dobiega sąsiad wraz z córką, którą chwyciła kolka i musieli zwolnić. Jestem ogromnie dumny z mojego dziecka, całuje ją, przytulam, Ona ucieka ode mnie do stolika z ciastkami. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po placu i musiałem uciekać do pracy. Uciekać to może zbyt optymistyczne określenie, bo w biegu tym naruszyłem i tak już potrzaskany kręgosłup. Ledwo co wsiadam do auta i jadę do pracy. Chodzę jak paralityk. Wygięty w bok i w tył. Boli jak stopięćdziesiąt. Ale warto było.

Warto.

PS – Autorką zdjęć jest Marta czyli Pani Poczytalna, z której debiutu fotograficznego jestem ogromnie dumny.

Posted Under
Bez kategorii