Scenka sytuacyjna z rodzicielstwem bliskości w tle

Przydarzyła mi się ostatnio historia, która doskonale ilustruje, czym jest rodzicielstwo bliskości i jaką ma przewagę nad tzw. „tradycyjnym wychowaniem”.

Spędziłam z Synem kilka ładnych godzin w państwowej poczekalni do okulisty. Wróć, godziny nie były ładne, a nieskończenie długie, zwłaszcza że towarzyszyły im krzyki badanych dzieci, a wąski, ciemny korytarz nijak nie był przystosowany do obecności dzieci. Sam proces badania, który polega na kilkukrotnym zapuszczaniu szczypiących kropel do oczu, to nic przyjemnego, a co tu dużo ukrywać, dość obcesowy personel, nie ułatwiał dzieciom zadania. Niespecjalnie świadomy co go czeka Syn, czekał dość cierpliwie, wystarczyły mu dwie schwycone przeze mnie tuż przed wyjściem z domu zabawki, a po bolesnym zakropleniu –  moja bliskość i pierś na żądanie. Ja zaś, trochę mimochodem, obserwowałam rodziców parolatków w akcji.

Gdy przyszliśmy, w gabinecie lekarskim była 3-4 letnia dziewczynka, która krzyczała w niebogłosy. Wyszła stamtąd z ojcem, matka z młodszą dziewczynką siedziała w pewnym oddaleniu i nie włączała się w komunikację pomiędzy mężem / partnerem a córką. Dziewczynka po opuszczeniu gabinetu głośno płakała, ojciec ją strofował.

– Byłaś niegrzeczna – mówił jej zniecierpliwiony – nie będzie za to żadnej nagrody.

– Ja chcę nagrodę, obiecałeś nagrodę -zawodziło dziecko – chcę nagrodę.

– Byłaś niegrzeczna, jak ty się zachowujesz, małe dzieci nie płaczą – tu ruch głowy w naszą stronę – a ty płaczesz, jesteś dzidzią, nie będzie nagrody – powtarzał ojciec –miałaś być dzielna, nie byłaś dzielna, jak ty się zachowujesz.

I tak w kółko. Dziecko płakało i nie mogło się uspokoić, płakało ze strachu przed bolesnym badaniem i z żalu za nagrodą, której miało nie otrzymać. W ten sposób upłynęło kilkanaście minut pomiędzy jednym a drugim zakropleniem oczu i gdy trzeba było wejść ponownie, dziewczynka piszczała ze strachu i stawiała czynny opór, aż poirytowany ojciec na siłę wprowadził ją do gabinetu.

Nie było jej łatwo zwłaszcza, że w tym samym czasie w gabinecie inne dziecko krzyczało z bólu. Gdy wyszło, okazało się, że to dziewczynka w podobnym wieku, odrobinę może starsza 4-5 letnia. Dziecko płakało rzewnymi łzami, matka przytuliła je i zaczęła z córką rozmawiać.

– Zgrzałaś się kochanie, może chcesz się napić?

– Tak, chcę wody – chlipała dziewczynka.

 -Bolało?

– Szczypało bardzo -mówiło dziecko przez łzy.

Tak, wiem to boli, przykro mi, że cierpiałaś. Przytulić cię? – dopytywała się mama.

– Taak. Chcę zadzwonić do taty.

 – Poczekaj, zaraz do taty zadzwonimy, tylko pomogę Ci się uspokoić, dobrze?

 -Dobrze -powiedziała trochę już spokojniejsza dziewczynka. Po kilku minutach spokojna już zupełnie dziewczynka wyszła z mamą, w tym czasie z gabinetu wyszedł ojciec z córką na granicy histerii i cały ten smutny spektakl rozpoczął się na nowo.

Kurtyna.

Obserwowałam tę scenę z oddali z narastającym zdziwieniem i smutkiem. Nie trzeba było nic dodawać, dziecko, które było przez rodzica poniżane i musztrowane, straszone karami i brakiem nagród, nie mogło się uspokoić. Dziecko, z którym mama rozmawiała o jego strachu, potrzebowało tylko chwili, by znaleźć ukojenie. Miałam ochotę przytulić pierwszą dziewczynkę, powiedzieć jej wszystko to, czego ojciec nie chciał lub nie potrafił jej powiedzieć, że miała prawo się bać i że dorośli też tego nie lubią. Wiem doskonale, jak rodzicielstwo bliskości działa, nie muszę się do niego przekonywać, a jednak uderzyło mnie jak te rozgrywające się niemal jednocześnie sytuacje dzieliła absolutna przepaść metody i skuteczności. Nie jestem mamą idealną, zdarza mi się tracić cierpliwość, czasem chcę by było po mojemu, by Córka zawierzyła mi bez zbędnych pytań. Ale, cóż, myślę, że nie ma możliwości, by oparta na krzyku i zastraszaniu komunikacja mogła zadziałać. Nie da się dzieci behawioralnie wytresować, karami i nagrodami pozbawić je lęku przed bolesnym badaniem, upokarzając uspokoić. Co więcej, ktoś kto próbuje to robić w przestrzeni publicznej budzi konsternację, niepokój i zdziwienie, jak ojciec tej dziewczynki. Bo, ponad jej głową, za jego plecami, krzyżowały się zdziwione i zaniepokojone spojrzenia współkolejkowiczów. Szacunek wobec dziecka to już nie tylko jednostkowy wybór rodziców to coraz powszechniejszy sposób komunikacji z dzieckiem, konsekwencja ewolucji w pojmowaniu dziecka. Już nie, że dzieci i ryby głosu nie mają, bo dziecięcy głos i dziecięca podmiotowość jest oczywistsza niż kiedykolwiek.

Dużo napisano już mądrego o rodzicielstwie bliskości w polskim internecie, nie będę tego powtarzać. Wciąż jednak, to zaskakujące, znajdują się rodzice, którym szacunek i empatia wobec dziecka myli się z bezstresowym wychowaniem a stawianie granic wydaje się tożsame z musztrowaniem dziecka. Nie, nie ma to nic wspólnego z bezstresowym wychowaniem, gdy „nie dokładając stresu dziecku” pozwalamy mu na wszystko i de facto nie reagujemy na jego sygnały. Tak, stawiamy granice, w bardzo różny sposób – możemy nazywać własne zmęczenie [klik] czy określać finansowe limity zakupów [klik]. Tak, rozmawiamy ze sobą, dużo, przepraszamy, korygujemy błędy, nazywamy emocje własne i szanujemy emocje dziecka. Temat rzeka, od którego rozpoczyna się fajna, skrojona na własną miarę, wspólna rodzinna podróż.

A na deser w tym temacie – przynajmniej te dwa teksty [klik], [klik]  i ten cały blog [klik]

Posted Under
Bez kategorii
  • Wiesz co? Przeczytałam to trochę ze łzami w oczach, bo sama jestem maniakalną zwolenniczką rb i co rusz widzę, że to działa! Też znam podobne przykłady, z obu stron i tej mojej i tej innej, która sprawia, że mam ochotę biec do nieswojego dziecka i z nim porozmawiać w danej chwili… Obserwując to jak działają zwolennicy ‚tradycyjnego wychowania’, pamiętając je zresztą z własnego dzieciństwa ciągle myślę, jak męczące ono jest i dla dorosłych i dla dzieci. To ciągłe strofowanie, wymyślanie kar i nagród, to upominanie, pilnowanie, szkolenie, że bez „proszę” to mamusia Cię nie słyszy itp. itd. Na samą myśl, że miałabym to wszystko robić jestem zmęczona 😛 Zdecydowanie bardziej wolę słuchać i rozmawiać i żałuję, że nikt tak o mnie nie myślał w dzieciństwie… 🙂 Ps. Też nie jestem idealna, ale myślę, że jestem wystarczająco dobra dla swoich dzieci i cholernie cieszę się, że odkryłam dla nas rodzicielstwo bliskości 🙂

    • Otóż to, działa, niemal bezwysiłkowo – choć tylko my wiemy, ile trzeba przemyśleć, żeby zacząć się z dzieckiem komunikować w ten sposób. Byłam szczerze zdumiona tą sceną, rozegrała się przede mną jak na zamówienie. Ale bardzo mi było szkoda tej biednej, zapłakanej dziewczynki i tego ojca, który tak bardzo chciał udowodnić całej kolejce, że panuje nad sytuacją, a tak bardzo był w tym wszystkim zagubiony.

  • Ola

    Bardzo ważne jest żeby z dzieckiem rozmawiać. Mamy z siostrą prawie po 30 lat i nasza mama nadal z nami rozmawia:D To jest skarb 🙂

  • Ja ostatnio usłyszałam od jednej Pani, że jej córka już rozpieściła miesięczne dziecko, bo cały czas je na rękach nosi 🙁

    • Tak, znamy te mądrości 😉 Sama się ich nasłuchałam, gdy spacer z Synkiem w wózku kończył się zwykle noszeniem go na rękach, bo płakał. Mijający (!!) mnie ludzie, udzielali mi porad w tym guście. Cóż, spływało to po mnie jak po kaczce ;), bo wiedziałam już, że moja reakcja jest naturalniejsza i właściwsza niż „dać mu się wypłakać”. A potem zaczęliśmy się chustowac, nam było wygodniej i skończyły się takie uwagi.
      Ale przykro gdy babcie reagują w ten sposób. Zwłaszcza początkującej mamie może z tym być bardzo trudno…