Analogowa siła przyjaźni

Cóż, tak się ostatnio złożyło, że znalazłam się na rozstaju dróg, może nie jakimś spektakularnym, ale takim, wiecie, jednym z wielu życiowych skrzyżowań, gdzie trzeba decydować w lewo czy w prawo. Zamykać jedne drzwi, by otworzyć przed sobą kolejne. W gąszczu przewartościowań, kryzysów i  rewidowaniu życiowych pomysłów. I w tym właśnie momencie dostałam dość niespodziewany list od mojej przyjaciółki. Znamy się ze 30 lat, poznałyśmy jeszcze w przedszkolu. Przyjaciółka w połogu, swoim trzecim, mieszka ode mnie hen daleko i ostatnio kontaktowałyśmy się raczej w związku z narodzinami jej dziecka. Nie miała więc pojęcia o moich aktualnych rozterkach, bo niby skąd.

A jej list mimochodem był jak tratwa – było w nim kilka pamiątek z naszego dzieciństwa,  które dość nieoczekiwanie pozwoliły mi zobaczyć siebie w pełni. Jakkolwiek górnolotnie czy pretensjonalnie to zabrzmi, pozwoliły mi zobaczyć refleks mojej, ekhm ekhm, duszy. I jednocześnie zobaczyć moją przyjaciółkę, taką samą jak wtedy, gdy miała dziesięć-dwanaście lat, choć przecież całkiem już dorosłą, obarczoną dziećmi,  dorosłymi troskami i obowiązkami.

Bo gdzieś najgłębiej w środku mamy w sobie dziecko sprzed lat –  takie, które czerpie radość ze swoich talentów, ufnie patrzy w przyszłość i wierzy, że wszystko się może zdarzyć. Fajnie jest mieć kogoś, kto umie Ci to od czasu do czasu przypomnieć.

To jest właśnie dla mnie istota przyjaźni, samo jej sedno –  to sprzężenie zwrotne, które pozwala zobaczyć kogoś wyraźnie, bez wszystkich tych zaciemnień i umieć dostrzegać go takim przez lata. Widzieć jak się zmienia, dorasta, dorośleje, ale jednocześnie jego istota pozostaje ta sama. I więcej, i w drugą stronę – w czyichś oczach zobaczyć się nagle w pełnej krasie.

Taka przyjaźń, analogowa, absolutnie niedzisiejsza,  wieloletnio żłobiona przez czas i wspólne doświadczenia ma swój gatunkowy ciężar. Jak dobry, dojrzały koniak. Wartość mojej dobrej, sprawdzonej przyjaciółki doceniałam zawsze – gdy miałam lat kilka, kilkanaście, dwadzieścia parę, ale teraz, po 30stce, gdy widzimy się rzadko, jej obecność jest wciąż wyjątkowa.

Miałam szczęście do kilku cennych przyjaźni w moim życiu i wciąż mam umiejętność do nawiązywania kolejnych.  Od dziecka byłam zwykle dobra w jednostkowych, głębokich relacjach, choć marzyło mi się czasem grono przyjaciół  rodem z „Przyjaciół”. Ale jakoś tak się składało, że zamiast „tworzenia paczek”, zawsze lepiej wychodził mi indywidualny, głęboki kontakt. Kilka z tych moich przyjaźni po latach się rozluźniło, ze dwa razy się boleśnie przejechałam, ale te rozczarowania też mnie czegoś nauczyły. Niezmiennie uwielbiam te powroty do dawno nie widzianych przyjaciół, gdy okazuje się, że choć nie widzieliśmy się latami, wystarczy jedna dłuższa rozmowa i wciąż okazuje się, że jest między nami „chemia przyjaźni”.

Patrzę na moją pięcioletnią córkę i jej pierwsze przyjaźnie. Czy przetrwają próbę czasu? To nie są dobre czasy dla przyjaźni, dla niej trzeba dużo czasu, cierpliwości i chęci dialogu. I – przede wszystkim – nie tak obsesyjnej koncentracji na sobie. I – co jej jeszcze nie dotyczy – mniej bytności on-line, więcej offline. Przyjaźń, bardziej nawet chyba niż miłość, wymaga bycia slow, nieśpiesznego bycia ze sobą i nieśpiesznych aktualizacji. Ze smutkiem stwierdzam, że też nie zawsze mam na to czas, choć uwielbiam go mimo wszystko znajdować. Utrzymywać przyjaźnie i nauczyć dziecko wagi przyjacielskiej relacji to nie lada wyzwanie naszych czasów. Ale z drugiej strony, cóż byśmy zrobili bez przyjaciół?

Źródło zdjęcia [klik]

Posted Under
Bez kategorii