145 mechanicznych koni spokoju

Podróżowanie autem zawsze mnie uspokajało. Jeżdżę dużo, i nie kryję tego, że kocham jeździć samochodem.  Długie, często samotne trasy za kółkiem, nie stanowią dla mnie problemu.  Odpoczywam za kierownicą. Nie żebym od razu spał za kierownicą, ale zwykły relaks z prowadzenia samochodu to już tak. Miałem także wyobrażenie, jako ojciec dwójki dzieci jadący w daleką podróż, że trasa mija nam spokojnie. Nikt nie krzyczy, nie marudzi. Na świat przyszła dwójka naszych dzieci i totalnie zdemolowała to moje idealne wyobrażenie wspólnego podróżowania.

Podróżowanie z naszymi dziećmi nie należy do rzeczy spokojnych. Wszystko przez ich temperamenty. Pamiętam podróż z Białegostoku do Poznania, gdy Córka miała niespełna pół roku, a autostrada A2 kończyła się w Strykowie. I w tymże Strykowie nasza Córka zaczęła w aucie płakać. Ot tak sobie. Festiwal ten trwał do aż do bramek przed Wrześnią. W takich chwilach człowiek jest bezsilny. Nie można ot tak sobie wziąć i wysiąść z auta i pójść na fajkę. Przy dwójce dzieci sprawa ma się z goła inaczej. Nie lepiej, po prostu inaczej. Syn póki co nie lubi podróży. Tych dalekich i tych bliższych. Jeśli nie zaśnie w aucie to gwarantuje nam repertuar wrzasków i płaczu przez długie kilometry…

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jedziecie z dwójką dzieci w podróż na drugi kraniec kraju. Wszystko zaplanowane, czas podróży wyliczony. Wszystko pod kontrolą. I chwilę po starcie, gdzieś na 6 kilometrze, Wasze starsze dziecko pyta: „czy już jesteśmy na miejscu?” oraz „daleko jeszcze?”. Po dziesiątej odpowiedzi, że jeszcze przed nami pół tysiąca kilometrów i że dojedziemy jak doliczy do dwudziestu pięciu tysięcy dwustu, Córka odpuszcza i zasypia. Wtedy Syn zaczyna płakać. Drze się na wszystkie strony świata, bez przerwy. Mija pierwsze 200 kilometrów trasy. Sytuacja w miarę opanowana, ale co jakiś czas auto wypełnia krzyk lub płacz… W takich chwilach Marta udaje się na wewnętrzną emigrację, a ja przemieniam się w buddyjskiego mnicha w orgazmie medytacji. Odcinam się od świata zewnętrznego, skupiam się na horyzoncie i jadę. Nic do mnie nie dociera, nic mi nie przeszkadza. Trwam tak aż w końcu dzieci odpuszczą i zasną. Wtedy można się lekko zrelaksować, spięte ciało zaczyna wracać do normy. Czasem nawet rozmawiamy z Martą. Rozmawiamy wtedy o rzeczach innych niż „weź go uśpij” albo „ja pierdolę, nie wytrzymam, dlaczego one nam to robią?!”.

Piszę o tym, bo wczoraj naszła mnie taka refleksja, gdy wracałem z pracy moim Rubinem. Muszę na wstępie tej myśli nadmienić, że Rubin stał trochę nieużywany pod blokiem i miał ostatnio małe bolączki (szybkie uszczelnienie podciśnienia okazało się być zbawienne, tak mi się wydaje). Więc jadę z roboty trasą S11, prędkość przelotowa niecałe 100 km/h. Rubin mruczy z wydechu, uchylone tyle szybki i szyberdach, nawiew ustawiony na twarz, bo elektryka w szybach nie działa i w środku trochę gorąco. To nie ma znaczenia. Jednostajny warkot silnika i trasa przede mną mnie uspokaja. Rubin jest moją ostoją spokoju, gdzie nikt nie płacze i nie pyta mnie o to czy daleko jeszcze do celu. 145 mechanicznych koni spokoju na moją wyłączność.

PS – Powyższe zdjęcie przedstawia moje marzenie o tym jak chciałbym aby wyglądał Rubin. Póki co, zgadza się kolor oraz felgi.

Posted Under
Bez kategorii
  • Mira Jurecka

    A ja myslalam ze to tylko u nas to cale podrozne wariatkowo 😉

    • Co ty, ja myślę że to grubsza sprawa z tym podróżowaniem 🙂