Na ile wolności Cię stać

Czas urlopowy za pasem i my rozpoczęliśmy planowanie pierwszych, samodzielnych wakacji Córki. Córka miała wraz z babcią spędzić tydzień nad jeziorem, plany były zaawansowane, ale przegrały z rzeczywistością. W praktyce okazało się, że zamiast tygodnia wychodzą dwa i że to trochę ponad miarę dla Córki. Że nie chce jechać, że trochę się nam rozkleja. Decydujemy więc, że plany trzeba zrewidować, dopasowując do Jej możliwości. Na szczęście, okazuje się, da się to zrobić, jej samodzielny pobyt będzie krótszy a nasz wspólny dłuższy.

Z wolnością dziecka – sprawa skomplikowana. Jako rodzic wyglądam już po trosze samodzielnych wakacji Córki, również dlatego – nie oszukujmy się – by zaznać trochę wolności, by odpocząć chwilę od rodzicielskich obowiązków. Ale priorytetem pozostają jej doświadczenia, samodzielny pobyt u dziadków jest dla przedszkolaka jedną z form rozszerzania pola wolności. A jednak, gdy przychodzi co do czego, cofamy się i próbujemy dopasować do jej potrzeb.

Bez przesady, można by powiedzieć, czy pięciolatka nie mogłaby spędzić z dziadkami dwa tygodnie nad jeziorem? Jakaś abstrakcyjna pięciolatka mogłaby. Nasza konkretna również mogłaby, ale ceną byłaby za duża tęsknota. Nie chcemy na siłę przekraczać granic dziecka i jeśli się tylko da, staramy się je uszanować. Zamiast rzucać na głęboką wodę, wolimy zachęcać do samodzielnych kroków i być w bezpiecznej odległości.

photo-1443616527314-4fbb6da1dcf5

Gdy ma się pięciolatkę, nie do końca gotową jeszcze na samodzielne wakacje, sprawa wydaje się dość prosta. Ale potem? Potem łatwo się w tym wszystkim pogubić. Pisze Justyna Dąbrowska:

Z wychowywaniem dzieci wiąże się paradoks. Wychowujemy dzieci nie dla siebie przecież, lecz dla świata. Wcale nie po to, by były dla nas podporą, pociechą i wsparciem, tylko by były szczęśliwe, wolne i mogły realizować swój życiowy potencjał. By zdołały odnaleźć swoją drogę, a potem odważnie poszły nią przed siebie. Można powiedzieć, że całe życie pracujemy na to, by nauczyć dziecko, jak ma sobie radzić bez nas. To brzmi prosto, ale w praktyce jest bardzo trudne. Tak miło przecież mieć obok siebie kogoś, kto patrzy na nas z zachwytem, stara się nas naśladować i niezwykle serio traktuje wszystko, co mówimy. Ale przychodzi moment, że dla dobra dziecka musimy zacząć wypuszczać je z ramion. Więcej – zachęcać do swobody, wspomagać w samodzielnych wyprawach. Historia naszego bycia z dziećmi jest właściwie historią rozstawania się. One chcą wolności, samodzielności i autonomii. Chcą stawać się niezależne, i to na swój sposób. My chcemy prostować im życiowe ścieżki, chronić przed złem, przed bolesnymi doświadczeniami, przed błędami, których sami się nie ustrzegliśmy. Ten konflikt trzeba dzień po dniu wciąż na nowo rozwiązywać. Każdego dnia od nowa trzeba sobie zadawać pytanie – na co dziecko jest już gotowe, a co jest jeszcze za trudne. Na tym polega ten nasz „nieszczęsny dar wolności”, który sprawia, że już dziś musimy się godzić z tym, że pewnego dnia nasze ukochane maleństwo pójdzie w świat.

Żeby się jednak nie gubić, dużo rozmawiamy. Próbujemy Córkę uczyć nazywania emocji i choć brzmi to łatwo tylko w teorii, warto podejmować ten trud. W przeddzień wyjazdu Córka wraca zniecierpliwiona z zabawy na placu zabaw. Ja też jestem zniecierpliwiona, zmęczona rozgardiaszem i hałasem. I gdy jestem prawie pewna, że marudzi, bo „wymyśla”, moje dziecko zaskakuje mnie szczerością.

– Boję się jechać sama. Za długo Was nie będzie.

– No ale przecież byłaś już na feriach zimą u babci Marylki – przypominam jej jak debiutowała sama na feriach.

– Byłam, ale płakałam co rano.

Serce ściska. I trochę jednak wstyd, że zamiast słuchać, ulegam pokusie etykietowania dziecka.

Myślimy więc o tym urlopie na nowo. Odrywając się od myśli, że X wysłał 3-latkę, a dzieci Z już rok temu, były u dziadków przez 10 dni. Jakie to w końcu ma znaczenie, w obliczu komunikatu wysyłanego wprost przez naszą Córkę? I z tyłu głowy od razu inna myśl, że to kolejna lekcja pokory. Bo gdy wydawało mi się, że ZNAM, WIEM, ROZGRYZŁAM, w praktyce przeszarżowałam, nie dostosowałam do możliwości dziecka. I – zaraz po tym wyrzucie – uśmiech. Bo w tej nieprzewidywalności i intuicyjności rodzicielstwa ukryta jest cała frajda. Prawda?

Posted Under
Bez kategorii
  • Jako dziecko nigdy nie byłam na koloniach, Zielona szkoła to był koszmar. Nawet później mając gdzieś 12 lat bardzo chciałam wracać do domu po tygodniu na Mazurach z bratową i siostrzenicą. Pewnie na każdym etapie był to inny powód tęsknoty czy niechęć do zmian otoczenia. Teraz nie umiem żyć bez takich zmian.
    Dzięki za ten tekst, bo sama zastanawiam się, kiedy moje dwuletnie teraz dziecko będzie gotowe na wyjazd bez nas i jak my to przezyjemy 😉 No ale jeszcze sporo czasu przed nami.