Wędkarstwo – moje powroty do przeszłości

Pewnego wieczoru Marta weszła do pokoju. W tym czasie ja, ze słuchawkami na uszach, oglądałem w necie filmik. Nie chciałem aby nikt, a zwłaszcza Marta, widziała to co oglądam. Niestety, stało się – Marta mnie nakryła na oglądaniu „niezręcznych” treści w internecie. Nie pozostało mi nic innego jak tylko przyjąć to na klatę i dzielnie się przyznać…

– „O Łukasz… co ty oglądasz ?” – zapytała mocno zdziwiona i trochę zniesmaczona Marta.

– „Wędkarstwo Kukle. Jak łowić liny” – przyznałem się bez krztyny krętactwa.

– „Zamierzasz wędkować ? Nie dam rady chyba znieść Twojego kolejnego hobby. Kawa, piwo, saaby i teraz wędkowanie…” – Marta nie kryła się z tym, że nie jest jej łatwo. Jednak z wielkim zrozumieniem podeszła do tematu i nawet zaliczyliśmy wspólne łowienie ryb.

I tak oto postanowiłem wrócić do wędkowania. Zanim jednak opiszę pierwsze próby, cofnijmy się w czasie o jakieś 20 lat… To były czasy beztroskich wakacji kiedy jeździliśmy na ryby z moim tatą. Nawet nie pamiętam jak to wszystko dokładnie się zaczęło, ale każdy wolny czas podczas każdych wakacji spędzaliśmy z tatą nad rzeką. Jeździł z nami jeszcze mój starszy brat, ale On miał inne plany na ten czas – szybko plątał żyłkę, rzucał wędką i dostawał od taty auto aby uczyć się jeździć i przez godzinę latał naszym zielonym (bardziej koloru groszku) polonezem po lasach. My w tym czasie wędkowaliśmy. Na naszym niewielkim kanale, czasem jeździliśmy nad Barycz. W wakacje niemal codziennie. Tata wracał z pracy, jedliśmy obiad i na godzinkę jechaliśmy na ryby. Głównie biała ryba. Trafiała się często drobnica, ale na swoim koncie mam też blisko kilogramową płoć, półtora kilogramowego leszcza, szczupaka prawie pod wymiar i niezliczoną ilość średniej wielkości płoci, leszczy i krąpi. Z tym wspomnianym szczupakiem to była niezła akcja, bo po wyciągnięciu go z wody byłem tak podekscytowany tym faktem, że przybiegłem do domu aby powiedzieć o tym tacie. Jakiś 7 kilometrów w jedną stronę. I tak sobie uprawialiśmy to nasze wędkowanie, aż do czasu gdy ktoś zatruł nasz kanał i w ciągu jednego dnia na powierzchnię wody wypłynęła cała ryba, a było jej sporo. Potem przyszedł czas technikum i wędkowanie trochę poszło w odstawkę, ale nadal jeździliśmy. Na studiach już nie było łowienia ryb, no może w innym znaczeniu tego słowa i bardziej na akademikach, które odwiedzaliśmy. Gdyby mnie ktoś zapytał co pamiętam ze swojego dzieciństwa i wieku nastoletniego, to byłoby to łowienie ryb i chodzenia na grzyby. Z żadnej z tych dwóch rzeczy nie wyrosłem. I tak oto nadszedł czas na ponowne wędkowanie. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy gdy postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy nad jeziorami, była „będę łowił ryby!”. Przy pomocy kolegi Artura, który dzięki uprzejmości swojego taty, skompletował mi nowy zestaw (wędki z ubiegłych lat zarosły pajęczynami i raczej już nie nadają się do użytku innego niż dom dla pająków). Powiem szczerze, że trochę się od tego czasu zmieniło. Technologia poszła do przodu, ale zasady na szczęście pozostały takie same – wędkę trzyma się za grubszy koniec, a spławik z robakiem ląduje w wodzie. Potem to już loteria, ale o to chyba w tym wszystkim chodzi. Podczas wakacji złowiłem trochę drobnicy, głównie małe płotki, ale jednego dnia trafił się średniej wielkości (na pewno wymiarowy!) okoń. Była okazja aby pokazać go Córce, która tego samego dnia jadła okonia w restauracji. Na pomoście obok mnie dzielnie czuwał kot – zawiesiłem na czas urlopu swoją niechęć do tego bezwartościowego gatunku zwierząt. Byliśmy nawet do siebie podobni, mieliśmy wspólne marzenie – złowić rybę. Trochę mi jeszcze brakuje do tego aby łowić większe sztuki, ale mam na to plan. Przede wszystkim muszę wyrobić ponownie kartę wędkarską (mógłbym łowić bez, bo PZW jest jak PZPN, wiadomo złodzieje i w tej kwestii nic się nie zmieniło, ale jestem trochę miękka pipa i mam swoje zasady) oraz kupno drugiego zestawu dla mojego taty, bo nie ma innej opcji jak ponowne wspólne wypady nad rzekę. Muszę też przymierzyć się do spiningu – rzadko tak łowiłem, a mam na to chętkę. Może jeszcze w tym roku, na jesień, uda się zasadzić na szczupaka nad Odrą… Kto wie…

Oczami wyobraźni już widzę siebie ubranego w kraciastą, ciepłą koszulę, spodnie i kalosze, stojącego z kubkiem gorącej kawy na brzegu rzeki. Wpatruję się w spławik lub też zarzucam blachę w jakieś zakole rzeki i czekam na branie. Słońce, o świcie w złotej godzinie, mgła unosi się nad łąkami… Może nawet ognisko i piekące się ryby…  A potem to już Norwegia, Amazonka i jeziora nad Wałczem.

Piona !

Posted Under
Bez kategorii