W poszukiwaniu ukrytych przestrzeni

Ostatnie tygodnie w naszym domu stoją pod znakiem mini remontów. Nie jest to klasyczny remont z dewastacją, bo nie wyburzamy ścian i nie wywracamy połowy mieszkania do góry nogami. Odnawiamy i odświeżamy. Małymi kosztami staramy się wprowadzić w naszą przestrzeń odrobinę świeżości i lekkości. Przy okazji, sprawdzamy też czy oby przypadkiem nie zawieruszyły się w naszych skromnych kątach, jakieś dodatkowe, ukryte metry kwadratowe.

Wszystko zaczęło się od niewinnej myśli aby odnowić naszą kuchnię. Nie oszukujmy się, nie była ona ani ładna, ani fajna, ani nawet spoko. Meble z przełomu wieków, na dodatek w kolorze pomarańczowym. Szafki, szafeczki i mało miejsca. Lodówka to już zupełnie inna historia. Tak inna, że stała w przedpokoju, a nie w kuchni. Ona przynajmniej jest najmłodszym elementem wyposażenia, bo wymieniliśmy ją na nową po tym jak kilka lat temu poprzednia lodówka przestała chłodzić, a zaczęła grzać znajdującą się w niej żywność. Skutkiem tego było to, że jedzenie ożyło i uciekło z chaty zostawiając nas ze starą lodówką i potwornym smrodem, którego nie byłem w stanie wywietrzyć przez kilka dni. I tak od słowa do słowa zapadła decyzja, że będziemy odnawiać (a nie wymieniać na nową) naszą kuchnię. Korzystając z tego, że Marta i dzieci jadą na wakacje do moich rodziców na wieś, zabraliśmy też kuchenne fronty do odnowienia. Zajęła się tym Marta oraz moja siostra, która starym meblom przywraca blask. Ja w tym czasie wymalowałem raz jeszcze kuchnię, a także płytki ścienne. Polecam specjalne farby do glazury. Trochę kosztują jednak dają rewelacyjne efekty. Z kuchni wyjechała też pralka. Tak, mieliśmy pralkę w kuchni, a lodówkę w przedpokoju. Wspomniana pralka wyjechała do łazienki (w której i tak nie było już miejsca) zaraz po tym jak nasz Syn zbyt energicznie bawił się wężem odpływowym oraz wężem wody do pralki. Na skutek tego zalaliśmy kuchnię sąsiadów. Nie żeby od razu wielki potop, ale  podejrzewam, że jeszcze jedna taka akcja, a sąsiad zacznie budować Arkę Noego. Szczęśliwie lubimy się wzajemnie, szybko zgłosiliśmy sprawę do ubezpieczyciela i wszystko skończyło się dobrze. Po tych wszystkich przestawkach, do domu wróciła Marta z dziećmi i frontami szafek. Pomalowane na złamaną wanilią biel wyglądają o jakieś 15 lat młodziej. Lodówka wróciła do kuchni, która zwiększyła się optycznie jak i fizycznie. Jest nawet miejsce, gdzie będę mógł trzymać swoją skrzynię fermentacyjną, bo plany na piwowarski sezon 2016/2017 zapowiadają się dość ciekawie, o czym we wpisie niebawem. Gdy wspomniana lodówka wróciła na swoje miejsce chwały udało nam się wygospodarować miejsce na szafę pod zabudowę. I tu do akcji wchodzi Marta i jej miarka. Ogólnie jest tak, że w naszym domu nie ma zmarnowanych przestrzeni. Serio. Wszystko spasowane jest pod centymetry. Zajmuje się tym moja kochana żona, którą można obudzić o dowolnej porze w nocy i zapytać ją o wymiar jakiejkolwiek ściany czy mebla, a Ona z pamięci powie nam ich wymiary. Marta chodzi, mierzy i szuka ukrytych metrów kwadratowych, dzięki którym nasze mieszkanie stanie się większe. Sprawa nie jest łatwa. Dwójka dzieci, a każde domaga się swojej przestrzeni. Szafa pozwoli nam wyrzucić jedną niepotrzebną komodę, w miejsce której będziemy mogli zrobić kącik gier, zabaw i destrukcji dla naszego Syna. W pokoju Córki przestawiamy meble, ta aby wygospodarować miejsce na biurko i krzesełko. Teraz wszystko już jest, ale nadal mamy wrażenie, że nie do końca jest to ustawne. Idziemy zatem w zgodzie ze starą zasadą urbanistyczną, gdzie jeśli nie uda się wszerz, to trzeba przestrzeń rozbudowywać w górę. Jest już konkretny plan na półki. U córki, u nas, w kuchni i łazience. Półki, półeczki wszędzie ! To co możemy, zabierzemy z ziemi i wzniesiemy na półkach w górę. Resztę spalimy, zakopiemy i posadzimy na wierzchu wierzby. Aby półki jednak zawisły trzeba nam wywiercić masę otworów… Wtedy, gdy potrzeba na wiercenie jest ogromna, wspinam się na dach naszego bloku, odpalam ukryty tam wielki reflektor i kieruję strumień światła w niebo. Na zasnutym chmurami poznańskim niebie rozpala się znak „P-H” i wtedy pojawia się On – Paweł Hilti, nasz bohater. W dzień informatyk, po godzinach zbawiciel. Paweł Hilti czyli brat mój rodzony, posiada wiertarkę, która jako jedyna daje radę naszym żelbetonowym ścianom i to właśnie jego wyczekujemy. Jest on ostatnim ogniwem pomiędzy remontem i końcem remontu. Gdy półki zawisną, będzie po robocie. Wtedy będę mógł snuć wieczorne opowieści o tym gdzie i jakie ramki na zdjęcia chciałbym powiesić oraz podejmę kolejną próbę przeforsowania pomysłu zawieszenia na ścianę dużego plakatu ze starych Gwiezdnych Wojen.

Ogólnie nie jest łatwo takie planowanie i poszukiwanie dodatkowej przestrzeni do życia. Zdajemy sobie sprawę, że nastąpi taki dzień, w którym stwierdzimy, że żaden remont nam już nie pomoże, poddamy się i będziemy szukać nowego mieszkania. Póki jednak kredyt wciąż ze frankach, a miarka dobrze wskazuje centymetry, nie poddajemy się i walczymy. Jest jeszcze balkon, zawsze można zrobić w nim letni pokój.

Posted Under
Bez kategorii