Napięty grafik a rodzinne wolne życie

Wrzesień to czas pośpiechu. Gdy ma się dzieci w placówkach oświatowych, wiecie, o czym mówię. Zagęszcza się napięty grafik. My mamy na razie jedno w przedszkolu, a już doświadczamy pewnego wrześniowego napięcia. Jakiego? Związanego z tzw. zajęciami dodatkowymi. Mimo niemałego już treningu w byciu slow, trudno mi się wraz z początkiem roku szkolnego oprzeć pokusie, by nagle nie chcieć dla Córki WSZYSTKIEGO NA RAZ.

Basen, zajęcia taneczne i zajęcia plastyczne. W przedszkolu – do wyboru – piłka nożna, tenis i taniec. Szkoła języka angielskiego dzwoni do mnie i zaprasza na lekcje próbne. Znajome mamy wymieniają się namiarami. Świetny balet, mówią. A gdzie córka chodziła na tańce w ubiegłym roku, pytają. Wydzwaniam po okolicznych domach kultury i dowiaduję się. Tańce pokrywają się z plastyką, balet z basenem. Jeśli już się nie pokrywają, trzeba szybko SZYBKO odebrać dziecko z przedszkola, nakarmić i wyekspediować dalej.

Każdorazowo we wrześniu daję się wpuścić w ten wir planowania.  Nie oszukujmy się, nie jest mój, ten pęd jest ogólny. Czuję się z nim niekomfortowo, a jednak w nim uczestniczę, więcej, sama go czasem napędzam, próbując dyscyplinować nasz coraz bardziej napinający się grafik. A zaraz, chwilę, ona ma 5 lat, co będzie za moment?… W tym moim-niemoim pędzie kryje się lęk, dość oczywisty, przed NIEDOSTARCZENIEM MOŻLIWOŚCI PRÓBOWANIA WSZYSTKIEGO. I drugi, podskórny, a jednak równie ważny – organizując dziecku plan we wrześniu, uczestniczymy w konkursie na najlepszych rodziców. Gdy się je nazwie i wypowie, obydwa te lęki są… hmm… delikatnie mówiąc, niedorzeczne. I choć zdaję sobie z tego sprawę nie od dziś, w pierwszym wrześniowym oszołomieniu zawsze chcę dla mojego dziecka więcej niż realnie możemy. Więcej niż ona może, i – może nawet przede wszystkim –  mogę ja.

Z jaką więc radością w książce Rodzina Slow. Jak zwolnić, odbudować więzi i doświadczyć większej radości, którą od jakiegoś czasu podczytuję, natrafiłam na wątek poświęcony temu tematowi, który zwerbalizował odczuwany przede mnie dyskomfort. Bernardette Noll, matka czwórki dzieci i współzałożycielka strony slow family living, pisze o napiętych grafikach zapełnionych pozalekcyjnymi zajęciami i… doradza namysł nad zrobieniem rachunku sumienia. Czy dodatkowa aktywność naszych dzieci jest naprawdę dobra dla całej rodziny? Zaraz, zaraz – myślimy – rozszerza horyzonty, dzięki nim nasze dziecko będzie umiało tańczyć, pływać, stepować i pięknie malować symultanicznie. Ale gdy się nad tym odrobinę głębiej zastanowić, pytanie postawione przez Noll jest zasadne, ma rację bytu. Czas zajęć pozalekcyjnych to dużo więcej niż same zaplanowane zajęcia, to misternie skonstruowany grafik i cała logistyka, która mu towarzyszy. Nie da się ukryć, nie zawsze komfortowe i nierzadko stresogenne.

Jedna z moich przyjaciółek, mam dwójki dorastających dzieci, borykała się z problemem nadmiaru aktywności, które odbywały się o różnych porach dnia, w różnych częściach miasta. Była zmęczona jeżdżeniem z jednego miejsca na drugie, podwożąc jedno dziecko i odbierając drugie, a przy tym próbując między to wcisnąć własne potrzeby. Chciała uprawiać sport i tego samego pragnęła dla swoich dzieci i dla męża, ale związany z tym rozkład dnia doprowadzał ją do szaleństwa.

Ostatecznie odwołała wszystkie zajęcia przeznaczone dla różnych grup wiekowych, a w zamian za to zapisała całą swoją rodzinę na ogólnodostępne lekcje karate odbywające się dwa razy w tygodniu.

rodzina-slow-jak-zwolnic-odbudowac-wiezi-i-doswiadczyc-wiekszej-radosci_5798b8bce7615_productmainVoila! Po przeczytaniu sugestii Noll, odetchnęłam z ulgą. Czyli nie tylko mnie coś w tym zgrzyta. Zrewidowałam swoje plany dla Córki, ograniczając jej dodatkową aktywność i w zamian za to rozejrzałam się za zajęciami dla niej i dla mnie, które dostarczą nam tego, co jest trudniejsze do zorganizowania niż napięty grafik. Wspólnego czasu tylko dla siebie.

W manifeście Rodziny Slow Noll pisze, że pojęcie to nie jest receptą na życie, wzorowaniem się na innych czy schematem, do którego należy się dopasować. Ani też brakiem zdecydowania czy działania. Jest to natomiast wolność dokonywania wyborów, ustawienie w miejscu priorytetowym rodziny, krytyczne przyjrzenie się temu jak mnie wychowano i temu jakie trendy panują obecnie w prowadzeniu życia rodzinnego. Ponadto świadomość, a przede wszystkim dobry jakościowo czas. I ten wspólny, i ten wyjątkowy, dedykowany dla każdego z jej członków z osobna. Książka jest zbiorem 75 pomysłów, tych zaskakujących i tych dość oczywistych, jak budować więzi oparte o slow life. Pomysł ze wspólnymi zajęciami dodatkowymi jest jednym z nich, a ponadto mamy tu techniki zahaczające o mindfulness, pomysły na praktykowanie wdzięczności, ale też… dużo poczucia humoru. Nie sprzątaj ryżu, zanim nie wyschnie – pisze Noll i jako mama dwójki małych dzieci doskonale wiem, co ma na myśli. Ona sama pisze, że tej rady udzieliło jej jej starsze rodzeństwo po tym jak została matką. Noll znajduje w tej radzie metaforę bycia slow. Bardzo krzepiącą w sumie, na różnych, nie tylko tych dosłownych poziomach.

Nie wybieraj walki. Nie dodawaj sobie pracy. Nie czyń jej trudniejszej niż to konieczne. Jeśli zachowamy dystans wobec trudnych sytuacji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozwiążą się same, a przynajmniej będzie nam łatwiej je przepracować, gdy już do nich wrócimy. Nie myśl, że wszystkie trudności da się z miejsca rozwiązać. Daj sobie czas. Poczekaj aż emocje opadną a nastroje się poprawią.

bio-pic-square-big-e1409931606491Rodzinne życie slow wg Noll to nie tylko nonszalancki stosunek do rozrzuconego ryżu. To dużo więcej pomysłów takich jak wspólne wagary czy biwak w domu. Wszystko, co pozwala przełamać rutynę dnia codziennego, wywołać uśmiech i zbudować więź. Najmocniejsze punkty tej książki są tam, gdzie autorka pisze nie o modelowej sytuacji, w której opanowany i spowolniony rodzic kontroluje sytuację, tylko tam, gdzie elastycznie dopasowuje się do sytuacji, gdzie akceptuje pośpiech jako część życia, a jednak potrafi rozbroić związane z nim napięcie i nie dać mu sobą rządzić.

Odszukuję zdjęcie autorki w internecie i aż mi szkoda, że polski wydawca nie umieścił go na okładce, bo na zdjęciu, radosna, pełna dobrej energii kobieta. Nie trudno zaufać, że wie, o czym pisze, wziąć głęboki oddech i… poluzować napięty grafik.

 

 

Posted Under
Bez kategorii
  • disqus_TEDIsvII1h

    Ja myślę, że przy planowaniu zajęć dla dzieci warto brać pod uwagę przede wszystkim predyspozycje i talenty dziecka, a nie kierować się chęcią umożliwienia spróbowania wszystkiego. Moja córka przejawia talent plastyczny i ruchowy, dlatego zapisałam ją na taniec i ceramikę. Znajoma namawiała mnie bardzo na zajęcia z chemii (sama chciała posłać na nie swoją córkę i chciała, żeby jej dziecko miało na tych zajęciach koleżankę), ale ja nawet tych zajęć nie rozważałam. Owszem, trzeba budzić w dzieciach ciekawość, ale z drugiej strony wszystkiego w życiu spróbować się zwyczajnie nie da. Trzeba mądrze wybrać. Wolę wspierać talenty, które córka ma i które już widać, niż próbować ją zainteresować chemią czy robotyką. Niby nie powinno się zamykać drogi nikomu do niczego, ale, kurczę, ja wiem, że ona inżynierem nie będzie.

    • To prawda, dużo w tym racji, zwłaszcza jeśli chodzi o starsze dziecko. Nasza Córka też raczej na robotykę nie pójdzie… Ale na razie ma 5 lat, widać pewne predyspozycje, choć nie są jeszcze na tyle wyraźne, by nie dać jej próbować i doświadczać.

  • Świetny tekst! Nasz syn ma 3 lata, ale nie chodzi do przedszkola, między innymi dlatego, że preferujemy rodzinne życie slow… Cieszy mnie to, że mamy czas, aby spędzać pół dnia na spacerach i hasaniu po dworze, robieniu pikników na podłodze w salonie czy rodzinnych imprez tanecznych…
    Nie musimy ciągle sobie dokładać nowych zadań. Warto ucieszyć się tym, co mamy teraz i celebrować każdą chwilę.

    • Dzięki 🙂 To jest fajny czas, on mija tak szybko, warto umieć się nim cieszyć. Pozdrawiamy!