Gdzie się podział wolny bieg

Trudno wytłumaczyć kilkumiesięczne milczenie, gdy jest się tzw. „porządnym blogerem”. Ale cóż, mamy ten luksus i ten brak spiny w sobie, który sprawia, że nie jesteśmy za bardzo porządni.

Działo się u nas dużo i działo się u nas mało. Zima na razie marna, choć udało nam się wybrać na sanki.

Wciąż jest nas czworo i na więcej się nie zanosi.

Przetasowaliśmy się w naszym małym mieszkanku i przyniosło nam to mnóstwo radości.

Łukasz wciąż robi najlepsze serniki pod słońcem, parzy tak dobrą kawę, że robię się coraz bardziej wybredna. I piwowarzy, choć z rezultatem jego pracy wciąż zapoznaję się tylko teoretycznie, bo Syn częstuje się maminym mlekiem wciąż w najlepsze.

Ja czytam dużo, wciąż jakby więcej i na dodatek mówię o tym przez radio. I o rodzicielstwie i kulturze dla dzieci również. Bardzo to lubię, zawsze lubiłam radio.

Czas jednak pędzi jak oszalały i nie sprzyja wolnemu biegowi. Więc może, na nowy dobry początek, trzeba to powiedzieć głośno i nazwać rzeczy po imieniu. Wydobyć z cienia pewną oczywistość. Wolny bieg, chwile ciszy i skupienia, chwile rodzinnych radości i nic-nie-robienia strasznie trudno osiągnąć. I choć oczywiście są blogerzy, którzy roztaczają wizje życia slow, dokumentują je pięknymi zdjęciami w starannie wystudiowanych pozach i wnętrzach bez skazy, ale cóż, ja już tak mam, że mam sporo wątpliwości. W naszym codziennym rozgardiaszu słowa: szybko, szybko, tempo, pośpiesz się powracają jak bumerang. Pracujemy dużo, zwłaszcza Łukasz i warto to sobie głośno powiedzieć. Ja pracuję w domu, w domowych pieleszach, które są najbardziej komfortową opcją dla mamy małych dzieci. Ale też, nie oszukujmy się, praca z dzieckiem na kolanach to nie sielanka, to pośpiech i napięte terminy, praca po nocach i praca z dzieckiem na kolanach. Więc międlę te nielubiane przeze mnie słowa w ustach, z pośpiechem na ustach mijają mi dni.

Dni, niby podobne, mijają jak w kalejdoskopie, na niekończącej się krzątaninie wokół małych spraw. Jak to z dziećmi. Są przetykane empatią i zrozumieniem, ale nie brak w nich nerwowości. Nadawanie tym pozornie jednakowym dniom sensu w  codziennym kołowrotku spraw to sztuka, sztuka niemała i nie zawsze wychodzimy z tej konfrontacji zwycięsko. W zasadzie więc, żeby się tu obronić na tym skrawku wirtualnej przestrzeni, trzeba uznać, że robimy to po swojemu i po swojemu możemy o tym pisać, bez nadęcia i pouczania, bez przekonania, że życie slow jest dostępne dla każdego. Wolny bieg, życie slow czasem się nam przytrafia. Lubimy je celebrować, rozciągać w nieskończoność te cenne godziny, minuty, chwile, ale trzeba je najpierw sobie stworzyć. Świadomie się zatrzymać. I choć da się je opakować jak towar, to w sumie, trochę przekornie, lubimy ich niedopracowany charakter. W tych niedopracowaniach, w tym nieco szorstkim, ukradkowym czasem, byciu slow jesteśmy bardzo autentyczni.

Wracamy, wracamy do pisania. Nie poddajemy się.

Czy  w ogóle jesteśmy gotowi na wolny bieg? A wy?

Posted Under
Bez kategorii
  • Fajnie, że jesteście 🙂 Myślę, że cały problem tkwi w definicji 😉 Dla mnie slow life to życie we własnym tempie, takim jakie w tym momencie jest dla mnie ok. To nie musi być wolniej, ale świadomie już tak. Fakt, że pewne sprawy dostrzegacie robi różnicę i to jest moim zdaniem kluczowe: świadomość, bycie w zgodzie ze sobą, wybór (nawet jeśli ten wybór to poddanie się biegowi spraw).

    • Dzięki Agato, masz rację.
      Ja się rozglądam bezradnie, nie tylko po blogosferze, ale także i widzę jak bliskie mi pojęcie staje się modne i jakieś takie uładzone. I że wszyscy przed wszystkimi odgrywają to bycie slow, a przecież to piekielnie trudne jest. Może masz rację, że granica jest w tym, gdzie jest świadomie, może tak być.