Ten moment na moście. O odkrywaniu uważności

9 lat temu późną zimą mój ówczesny chłopak odwoził mnie po randce do domu. Spotykaliśmy się już kilka miesięcy i miło spędzaliśmy ciągnącą się w nieskończoność zimę. Dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie, naturalnie i bez nadęcia. Widywaliśmy się głównie w weekendy, on nie mieszkał w Poznaniu i przyjeżdżał do mnie na leniwe, wolne dni. Nie mieliśmy wobec siebie poważniejszych planów na przyszłość, a właściwie mieliśmy – rozłączne: ja czekałam na decyzję o przyznaniu mi zagranicznego stypendium, on planował powrót do miejsca, w którym pracując, spędził poprzednie wakacje. Nie pamiętam dobrze tego dnia, nie pamiętam, co robiliśmy wspólnie, ale pewnie sporo opowiadaliśmy sobie o tym, co nas czeka w tych osobnych przyszłościach.

I dobrze pamiętam tamten powrót. Gdzieś na wysokości mostu św. Jadwigi w Poznaniu, który muszę przekroczyć, by dostać się w zamieszkiwane przeze mnie rejony miasta, podzieliłam się z nim obserwacją, moim niedawnym odkryciem. Że łatwo się oderwać od teraźniejszości, zanurzając się w przeszłości lub projektując przyszłość. Można żyć głową w tym, co było lub – jak pewnie było wtedy w naszym przypadku – tym co będzie. Po latach to odkrycie niby nie jest dla mnie tak odkrywcze, ale wówczas – świeżo po zamknięciu poprzedniego rozdziału i czekając na nowe, które miało nadejść – wydawało mi się, że odkryłam Amerykę.

Bo w pewnym sensie ją wtedy odkryłam. Odkryłam naszą wspólną, codzienną teraźniejszość, mimochodem zmieniłam projektowaną przyszłość. Dostałam się na tamto stypendium, ale trochę je okroiłam, wybywając na krócej. On nie pojechał na tamte wakacje, za to przeprowadził się do Poznania. Latem przewoziliśmy moje rzeczy do naszego pierwszego wspólnego mieszkania,  nie wiedząc nawet, ile czeka nas wspólnie teraźniejszości. Że się pobierzemy, że w tym samym małym mieszkanku po drugiej stronie mostu będziemy wychowywać nasze dzieci.

I wciąż nie wiadomo ile tej teraźniejszości przed nami, ale mam nadzieję, że dużo. I wciąż pamiętamy tamtą rozmowę, ten moment na moście. Wracam do niej, przypominam ją Łukaszowi, gdy z głową gdzie indziej zbyt gorliwie budujemy wspólne plany na przyszłość, te imponujące, choć chybotliwe konstrukcje gdybań i oczekiwań.

Przerywam pisanie tego posta i patrzę na zegarek. Dochodzi godzina 16. Trochę już późno. Mam mnóstwo pracy wymagającej skupienia, mnóstwo zadań, więc trochę już wybiegam w przyszłość, planując czemu poświęcę się w ten wieczór po przyjściu Łukasza.

Z drugiego pokoju wołają mnie dzieci.  Znów rozłożyły poduszki na podłodze, są wszędzie. Pomagam młodszemu zejść z piętrowego łóżka. On korzysta z okazji, by się przytulić i wypić trochę mleka z mojej piersi, więc chwilę się karmimy. Córka pokazuje mi zwierzątka, które ustawiła w wyimaginowane zoo, oglądamy je. Rozmawiamy, śmiejemy się. Taka najzwyczajniejsza codzienność z małymi  dziećmi, wspólny czas  przeciekający przez palce. Tak go czasem trudno docenić – w codziennym znoju, w codziennym pospiechu, zwłaszcza będąc z głową gdzie indziej.

Wciąż więc wracam do tamtej rozmowy na moście. Jakkolwiek banalnie to brzmi, jej sens wciąż jest dla mnie odkrywany na nowo, wciąż bywa trudny do zrealizowania. Mała radość tu i teraz jest cenniejsza niż fajerwerki.Trudno ją dostrzec, gdy ego fika też, wtedy najbardziej. To wciąż wyzwanie, jak nie tracić teraźniejszości z oczu,  jak doświadczać  jej intensywnie, nawet gdy czasem trochę tęskni za tym, co minęło i czeka na to, co nadejdzie. Dziś, w tej chwili brzmi dla mnie jak śmiech małego dziecka podczas wspólnej zabawy.

 

Posted Under
Bez kategorii